Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 października 2020

Powiedział mi wróżbita - Tiziano Terzani

 


Wędrując bliżej ziemi


"Życie pełne jest sposobności, problem jednak polega na tym, aby je rozpoznać, a to wcale nie jest takie łatwe". Takimi słowami Terzani rozpoczyna swoją książkę. Zgadzacie się z nim? Ja tak, szczególnie w drugiej części zdania, dotyczącej kłopotów z rozpoznaniem pojawiającej się możliwości. Czasem przytrafia się sytuacja, która wywołuje w nas zbyt wiele emocji, bólu, albo wręcz odwrotnie - wydaje się zupełnie nieistotna, by potraktować ją jako sposobność, która może coś zmienić w naszym życiu czy je wzbogacić. A niekiedy po prostu brakuje odwagi do podjęcia konkretnej decyzji. W każdym razie na swoim przykładzie autor pokazuje, że jeśli jednak uda się dostrzec tę okazję, to mamy szansę na rozwój i przeżycie całkiem nowych doświadczeń.

Sposobność autora przybrała formę przepowiedni: "Strzeż się! Istnieje wielkie ryzyko, że umrzesz w roku 1993. Dlatego nie wolno ci w tym roku latać. Ani razu!". Wróżbita wypowiedział te słowa wiosną 1976 roku, więc ta niepokojąca przyszłość wydawała się bardzo odległa. Tym bardziej dla osoby, która ma sceptyczne podejście do świata paranormalnego i nie traktuje poważnie informacji o spełniających się przepowiedniach. Jednak umysł ma w sobie coś takiego, że zapamiętuje słowa, które nas dotyczą; zwłaszcza, jeśli mogę one mieć wpływ na nasze życie. Siedzą sobie gdzieś przyczajone w głowie, a kiedy przychodzi odpowiednia chwila wychodzą na powierzchnię. I tak było w przypadku dziennikarza. Kiedy rok 1992 zbliżał się ku końcowi powróciła myśl o starej przepowiedni i pojawiło się pytanie: "I co teraz? Uwierzyć w nią czy zlekceważyć?". Terzani w tej wróżbie rozpoznał możliwość. Szansę na zmianę rytmu swoich dni, spojrzenia na świat, na bliższe przyjrzenie się ludziom poznanym w podróży i uważniejszą obserwację krajobrazów. 

Dla autora ten rok był prawdziwym błogosławieństwem. Podróżując pieszo, łodziami, statkami, samochodami, autobusami, pociągami na nowo poczuł smak życia. Odwiedził Tajlandię, Kambodżę, Chiny, Mongolię, Indonezję czy chociażby Singapur. Każde miejsce było inspiracją do przemyśleń, wspomnień, odkrycia na nowo tej egzotycznej dla nas kultury, opowiedzenia dawnej historii, a także przekazania bieżących wydarzeń. Jednocześnie pewnym rytuałem stało się poszukiwanie najlepszych miejscowych wróżbitów, proroków czy szamanów. Zaczął się interesować tym, jak ludzie podchodzą do świata sugestii, gdzie szukają porad i czy mimo rozwoju jaki przeżywa Azja, stare wierzenia i zabobony wciąż mają się dobrze.

"Powiedział mi wróżbita" to po części świetny reportaż napisany przez uważnego obserwatora rzeczywistości, a po części opowieść lądowego podróżnika, który przelewa na papier swoje osobiste przemyślenia, refleksje i subiektywne odczucia dotyczące zmieniającego się świata, jak chociażby te dotyczące nowoczesności, konsumpcjonizmu, materializmu. Tiziano Terzani, niezależnie od tego jaką rolę przybiera, reportera czy podróżnika, snuje swą historię niespiesznie, z namysłem, w taki sposób, że człowiek (a przynajmniej ja) ma chęć wraz z nim zatrzymać się i oddać przemyśleniom. Była to dla mnie bardzo przyjemna podróż. Interesująca, refleksyjna, w pewnym stopniu również inspirująca. To moje pierwsze spotkanie z autorem, ale zdecydowanie nie ostatnie.


Tytuł: Powiedział mi wróżbita
Tytuł oryginału: Un indovino mi disse
Autor: Tiziano Terzani
Tłumaczenie: Jerzy Łoziński
Wydawca: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 376
ISBN: 978-83-8116-078-0

wtorek, 26 listopada 2019

Osada - Camilla Sten

Osada z przeszłością

Tekst powstał w ramach współpracy z portalem Szortal.

Za oknem późna jesień. Drzewa potraciły liście, trzeba na siebie wkładać cieplejsze ubrania, do tego jest mniej słońca i coraz szybciej robi się ciemno. Tak sobie myślę, że w takim okresie logiczniejsze byłoby sięganie częściej po książki zabawne, lekkie czy takie, których akcja dzieje się w jakimś ciepłym miejscu. Wiecie, tak dla poprawy nastroju oraz dodania sobie energii w tych chłodnych, ciemnych dniach. Nawet czytam taką w tramwaju i serdecznie wam ją polecam. „Żyj i pozwól żyć” Hendrika Groena to naprawdę przyjemna lektura; z pewnością nie raz i nie dwa wywoła na waszych ustach uśmiech. No tak, tylko człowiek nie zawsze (a może powinnam raczej powiedzieć „rzadko”) jest logiczny. Czasem ma się jednak ochotę poddać ponuremu nastrojowi, usiąść w fotelu, otulić się ciepłym kocem i wybrać się wyobraźnią w bardziej mroczne rejony. „Osada” ze swoim interesującym opisem oraz krwisto-czarną okładką daje nadzieję na podróż w takie właśnie obszary.

Powieść zabiera nas do Silvertjärn. To niczym niewyróżniająca się, niewielka, wyizolowana osada górnicza, która pozostałaby nieznana reszcie świata, gdyby nie jedno wydarzenie. Pewnego dnia zniknęli bez śladu wszyscy jej mieszkańcy. Co się stało? Gdzie się podziali? Nie wiadomo. Zagadka zniknięcia pozostała nierozwiązana. Po sześćdziesięciu latach od tego wydarzenia całej historii postanawia przyjrzeć się Alice. Wraz z niewielką ekipą przybywa do miasteczka z planem nakręcenia dokumentu o jego tajemnicach. Na miejscu szybko okazuje się, że nie będzie to lekki i przyjemny wypad. Nie można czuć się bezpiecznie, gdy przeszłość nie daje o sobie zapomnieć, a jej złowroga aura wciąż czai się w Silvertjärn.  

„Osadę” można zakwalifikować jako thriller. Znajdzie się tu bowiem dreszczyk emocji oraz tajemniczość. Zdecydowaną zaletą książki jest fabuła. Autorka powoli odkrywa kolejne elementy zagadki i stopniuje napięcie. Dodatkowo akcja prowadzona jest równocześnie w dwóch przedziałach czasu – w teraźniejszości oraz w przeszłości, co sprawiło, że opowieść bardziej mnie wciągnęła. Człowiek naprawdę jest ciekawy, co się stało z tymi ludźmi. Na koniec sama lokalizacja. Tylko sobie wyobraźcie: opuszczone, mroczne, odizolowane od cywilizacji miasteczko z enigmatyczną przeszłością. Od takiego miejsca musi wiać chłodem i nieokreśloną grozą. Tak, klimat ta powieść z pewnością ma.

Książka Sten nie jest jednak pozbawiona wad. Za słaby punkt można uznać przede wszystkim postacie. Albo nie wzbudzają żadnych emocji, albo są wyjątkowo drażniące, jak na przykład główna bohaterka (powiem tylko, że moje domysły co do jej wieku okazały się błędne). Nie ma zatem nikogo, komu chciałby się jakoś szczególnie kibicować. Język powieści również nie jest specjalnie zachwycający, nie działa za bardzo na wyobraźnię. Autorka nie ma lekkiego pióra, jej styl wydaje się raczej surowy, toporny i mało wyszukany, co widać nie tylko w opisach, ale i w dialogach.

Dobrze, to teraz czas na krótkie podsumowanie. Na plus mamy interesujący pomysł, klaustrofobiczny nastrój oraz sprawnie poprowadzoną fabułę. Na minus – postaci oraz niedoszlifowany warsztat pisarski. Można zatem powiedzieć, że ogólnie nie jest źle. Tym bardziej, że finalnie powieść potrafi zaskoczyć, a swoim klimatem dobrze wpasowuje się w takie bardziej ponure, zimniejsze wieczory w ciepłym fotelu (albo łóżku, na krześle czy wszędzie tam, gdzie czyta wam się najlepiej). Jeśli więc lubicie tajemnice i wciągającą akcję, a przy tym niespecjalnie zwracacie uwagę na styl, to „Osada” będzie dobrym wyborem.


Tytuł: Osada
Autor: Camilla Sten
Tłumaczenie: Maciej Muszalski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: październik 2019
Liczba stron: 400
ISBN: 978-83-8116-747-5

niedziela, 4 marca 2018

Mroczna materia – Blake Crouch

Miłość w otoczce kwantowej

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Szortal.

Trzymam w ręku "Mroczną materię", powieść ładnie wydaną, w twardej oprawie z obwolutą. Streszczenie brzmi naprawdę zachęcająco. Jest nieźle. Tylko czemu, gdzie człowiek nie spojrzy na książkę – z przodu, z tyłu, na skrzydełka obwoluty – biją po oczach te wszystkie euforyczne zachwyty? Zdecydowanie tego za dużo. Od razu zapala mi się wewnętrzne światełko dystansu i niedowierzania, ale czy słusznie? Może rzeczywiście czeka mnie prawdziwa uczta literacka na najwyższym poziomie? 

Jason Dessen jest fizykiem atomowym i wykładowcą w małym college'u. Mieszka w Chicago wraz z żoną oraz nastoletnim synem. Ich wspólne życie toczy się spokojnym, unormowanym i szczęśliwym torem. Pewnego wieczoru bohater dostaje zaproszenie od Ryana Holdera, kumpla z czasów studenckich, a obecnie znanego i nagradzanego naukowca. Myśl o spotkaniu przywołuje wspomnienia o jego własnych niezrealizowanych ambicjach naukowych. Mimo nieco mieszanych uczuć, Jason postanawia zobaczyć się z Ryanem, nie wiedząc, że ta jedna decyzja całkowicie odmieni jego dotychczasowe życie. W drodze powrotnej zostaje porwany przez zamaskowanego osobnika, który zadaje mu, zaskakujące w tych okolicznościach, pytanie: "Jesteś w życiu szczęśliwy?". Kiedy Jason odzyskuje przytomność, jego życie wygląda zupełnie inaczej – jest osiągającym sukcesy naukowcem, nie ma dzieci, ani żony.

Nie wiem, jak Wam, ale mnie opis książki wydał się niezwykle intrygujący. W pierwszym odruchu przyszło mi na myśl, że może jest to powieść o wirtualnym życiu. Wiecie, coś w stylu: porywacz pozbawia przytomności Jasona i podłącza go do sztucznie wygenerowanej rzeczywistości. Albo odwrotnie, podobnie jak w "Matrixie", Jason budzi się w realności. Okazało się jednak, że wyobraźnia autora podążyła innymi torami. Swoją historię oparł na mechanice kwantowej, a przede wszystkim na teorii Everetta. Jakie są tego konsekwencje? Jak pewnie się domyślacie, w powieści pojawiają się krótkie fragmenty przybliżające czytelnikowi zagadnienia tej dziedziny nauki, jak chociażby słynnego kota Schrödingera, kwestię superpozycji, pomiaru, czy rolę obserwatora wykonującego pomiary. Jeśli ktoś obawia się, że elementy te mogą utrudnić lekturę, to niepotrzebnie. Wszystko zostało przedstawione w sposób bardzo jasny i przejrzysty.

W świecie naukowym teoria wielu światów Everetta nieustannie wywołuje burzliwe dyskusje między jej zwolennikami i przeciwnikami. Nie wydaje się być teorią weryfikowalną i falsyfikowalną, co jednak nie zmienia faktu, że daje duże pole do popisu dla wyobraźni oraz skłania do rozważań natury filozoficznej. Dla przykładu, w niniejszej książce, istnienie wielu światów powiązane jest z naszymi wyborami życiowymi. Zastanawialiście się kiedyś, jak potoczyłoby się Wasze życie, jeśli w pewnym istotnym (albo raczej, zwrotnym) momencie postąpilibyście inaczej? Czy ta odmienna ścieżka życia byłaby lepsza, gorsza, a może po prostu inna? Osobiście uważam, że szkoda czasu, a niekiedy i nerwów, na takie rozmyślania. Czemu? Po pierwsze – nie można cofnąć czasu. Po drugie zaś – to, jakie w określonej chwili podejmujemy decyzje, zależy od poziomu naszej dojrzałości, stanu emocjonalnego, ówczesnego spojrzenia na świat, wielkości bagażu doświadczeń. Z perspektywy czasu zawsze wszystko wygląda inaczej, łatwiej ocenić sytuację, a i my często jesteśmy już innymi osobami. Jedyne co można zrobić znając konsekwencje własnych wyborów, to starać się wykorzystać tę wiedzę w przyszłości. Jednak, zakładając istnienie wielu światów okazuje się, że "wszystko, co może się wydarzyć, wydarzy się"*. Zatem, co by było, gdybyście mieli możliwość zobaczenia, jak wyglądałoby Wasze życie po podjęciu innej decyzji? Gdybyście mogli przyjrzeć się każdej możliwej wersji Waszego losu? Chcielibyście? A może obawialibyście się, że będziecie bardziej żałować swoich dawnych wyborów? I jeszcze jedna kwestia – w jakim stopniu te inne wersje nas byłyby nami z naszego świata? "Odrzucając wszystkie ozdobniki osobowości i stylu życia – jakie zasadnicze elementy czynią ze mnie mnie?"*

Patrzę na wcześniejsze akapity... wygląda na to, że "Mroczna materia" jest powieścią naukowo-filozoficzną. Po części to prawda, ale odnoszę wrażenie, że to nie te fragmenty miały być najistotniejsze w omawianej historii. Stanowią bardziej dekorację, taki dodatek nadający barwności i urozmaicenia. Tak naprawdę, po odrzuceniu tej całej naukowej otoczki oraz implikacji filozoficznych, otrzymujemy opowieść o docenianiu tego, co się ma, chwil spędzonych z ukochaną, o uczuciach, a przede wszystkim – o miłości. Powiedziałabym nawet, że o miłości idealnej, jedynej, wytrzymującej wszelkie próby, której nie straszny ni czas, ni przestrzeń. To ona jest główną siłą kierującą naszym życiem, trzymającą nas przy zdrowych zmysłach, dodającą otuchy w trudnych chwilach, ale też dla której potrafimy posunąć się do najgorszych czynów.

Muszę przyznać, że "Mroczną materię" czyta się błyskawicznie. Autor skupia się na bohaterze – jego odczuciach, tęsknotach, myślach, lękach. Z łatwością można postawić się w jego sytuacji. Tym bardziej, że jest tu dużo emocji, napięcia oraz niebezpieczeństwa. Akcja jest dynamiczna, utrzymuje szybkie tempo do ostatniej strony, co jeszcze podkreślają krótkie zdania i ograniczone do minimum opisy. Dałam się wciągnąć. Naprawdę byłam ciekawa rozwoju wypadków. Ba! Zostałam nawet zaskoczona w końcowej części opowieści. Jednak według mnie, te entuzjastyczne opinie na okładce są, mimo wszystko, nieco przesadzone. Nie jest to książka specjalnie wyjątkowa, a już zdecydowanie nie określiłabym jej mianem mistrzowskiej. W każdym razie czyta się ją dobrze, potrafi zaabsorbować i zapewnić interesującą rozrywkę. Ten jeden, czy dwa wieczory z nią spędzone, mogą być dla wielu ekscytującą przygodą w nieznane.


Tytuł: Mroczna materia
Autor: Blake Crouch
Tłumacz: Paweł Wieczorek
Wydawca: Zysk i S-ka
Data wydania: listopad 2016
Liczba stron: 344
ISBN: 978-83-65521-78-1

*oba cytaty pochodzą z omawianej książki

piątek, 27 października 2017

Agenda 21 - Glenn Beck i Harriet Parke

Co by było gdyby...

Tekst opublikowany pierwotnie na portalu Szortal.

Inspiracją do napisania tej książki był dokument Agenda 21*, przyjęty na konferencji Organizacji Narodów Zjednoczonych w roku 1992. Opowieść stworzyła Harriet Parke, natomiast Glenn Beck napisał jedynie posłowie, w którym opowiada więcej o samym programie i konsekwencjach jego wdrożenia w życie. Oboje mają konkretne zdanie na temat Agendy 21, a stworzona przez Parke wizja przyszłości nie jest odmalowana w pozytywnych barwach. A czy sama historia jest wciągająca, a może i wstrząsająca?

Niedaleka przyszłość. ONZ rozpoczął skrupulatną realizację programu zrównoważonego rozwoju - Agenda 21, całkowicie zmieniając dotychczasowy świat. Ameryka staje się Republiką, a władzę zaczyna sprawować Zarząd Spolegliwych. Ludzie zostają przeniesieni do specjalnie przygotowanych Osiedli, w których ich życie zostaje sprowadzone do dwóch czynności: produkowania energii oraz zdrowych dzieci. Na jednym z takich Osiedli, a konkretnie na Osiedlu Transportowym, mieszka osiemnastoletnia Emmeline. Trafiła tu, wraz z matką i ojcem, jako mała, niespełna czteroletnia dziewczynka. Miała szczęście, bo starsze dzieci zostały zabrane rodzicom i przeniesione do Wioski Dziecięcej. Emmeline dorastała nie znając innego życia poza rzeczywistością Osiedla. Codziennie maszeruje po desce energetycznej, akceptuje mężczyzn, których Spolegliwi wyznaczą na sparzenie z nią, a to wszystko jest dla niej czymś normalnym. Do czasu, gdy ginie ojciec, a po chorą matkę przychodzą Bacznicy.

Parke stworzyła wizję państwa totalitarnego, w którym, pod hasłami ochrony środowiska i równości, władza ściśle kontroluje społeczeństwo. A jest tutaj bardzo, bardzo źle. Dla przykładu, nie ma książek, nowoczesnej technologii (nie licząc desek energetycznych), rodzicie nie wychowują swoich dzieci, edukacja ogranicza się do przyzwyczajania do chodzenia po desce i wychwalania Republiki. W zamian, nikt nie musi się martwić o jedzenie i picie, ani o pracę (Spolegliwi dbają, by obywatele nie narzekali na brak nudy i obowiązków). Scenariusz takiej przyszłości z pewnością jest niepokojący. W końcu nikt nie chciałby żyć w świecie, w którym ktoś decydowałby o każdym aspekcie jego życia, od narodzin, przez pracę, miłość, seks, aż po śmierć. Mimo, że całość przedstawiona jest w tak bardzo negatywnym świetle, to jednak obraz ten nie ma takiej siły przekazu, jak chociażby świat orwellowski. Nie czuje się tu grozy, niebezpieczeństwa, a raczej nieco przesadny dramatyzm i pewną infantylność, jakie wieją z niektórych powieści młodzieżowych. Rzeczywistość nie jest specjalnie rozbudowana, dowiadujemy się o niej tyle, na ile pozwala nam Emmeline, bo to właśnie za jej pośrednictwem poznajemy ten świat. Niestety, trudno kibicować głównej bohaterce, której brakuje autentyczności i spójności. Zresztą na brak charakteru cierpi tutaj większość postaci. 

Historia jest nieskomplikowana, szybko przelatuje, nie pozostawiając po sobie większych wrażeń. Sama lektura nie zabierze dużo czasu, ponieważ dzięki prostemu językowi i krótkim rozdziałom "Agendę 21" czyta się bardzo sprawnie. Co ciekawe, po przeczytaniu posłowia powieść nabiera zupełnie innego charakteru. Przestaje być jedynie wizją literacką, a staje się swego rodzaju manifestem. Nabiera się przekonania, że jedynym celem jej napisania było przekazanie ostrzeżenia: "Otwórzcie oczy na prawdę o Agendzie 21! Zobaczcie, co może się stać, jeśli nic nie zrobicie! Zareagujecie, bo inaczej wylądujecie z ręką w nocniku!". Przestaje wtedy dziwić ten nadmiernie podkręcony dramatyzm. Wykreowany świat, postacie, wydarzenia - wszystko zostało podporządkowane temu jednemu przekazowi, a tym samym musiało być przedstawione w jak najczarniejszych kolorach, żeby odniosło pożądany skutek. W sumie można i tak. Skoro pisze się po to, żeby przelać swoje wizje czy dręczące myśli na papier, tak z potrzeby duszy (albo dla pieniędzy), to czemu by i nie tworzyć powieści z powodów politycznych i ideologicznych? Myślę, że pod względem literackim, historia zyskałaby, gdyby była opowiadaniem, treściwym i rzeczowym. Ale kto wie, może książka spełni swe zadanie, sprawi że ludzie zainteresują się programem Agenda 21 i sami zdecydują, czy rzeczywiście jest się czego bać (choć mam wrażenie, że Beck wolałby, żeby jednak czytelnik nie myślał sam, tylko po prostu przyjął to, co on ma do powiedzenia).


Tytuł: Agenda 21
Tytuł oryginału: Agenda 21
Autor: Glenn Beck, Harriet Parke
Tłumaczenie: Jerzy Łoziński
Wydawca: Zysk i S-ka Wydawnictwo
Data wydania: wrzesień 2015
Liczba stron: 338
ISBN: 978-83-7785-728-1

*jeśli kogoś interesuje pełen program Agendy 21 (wersja angielska - plik .pdf) znajdzie go tutaj.

piątek, 13 października 2017

Oblicze Boga - Roger Scruton

Świętość w twarzy

Tekst opublikowany pierwotnie na portalu Szortal.

"Oblicze Boga" stanowi opublikowaną wersję Wykładów Gifforda, które autor wygłosił wiosną 2010 roku na Uniwersytecie St Andrews w Szkocji. Wykłady te zostały ustanowione przez lorda Adama Gifforda. Ich celem było "promowanie i rozpowszechnianie teologii naturalnej (...), innymi słowy - wiedzy o Bogu". Współcześnie teologia naturalna skupia się na związkach między religią, nauką, moralnością i sztuką, które pozwoliłyby określić miejsce człowieka we wszechświecie.

Scruton zastanawia się, co tracimy porzucając wiarę. Stara się pokazać, że obecny kryzys obserwowany w społeczeństwie, związany jest z dwoma zjawiskami: intelektualnym (niewiara w Boga) oraz moralnym (odwrócenie się od Boga). Uważa on, że Bóg obecny jest w życiu każdego człowieka (nawet jeśli sobie tego nie uświadamia). Twierdzi, że odrzucenie Boga tworzy pustkę oraz stanowi formę ucieczki od odpowiedzialności. Autor skupia się na kulturze chrześcijańskiej, ale w swojej argumentacji sięga również do filozofii (przede wszystkim Kanta), innych tradycji religijnych oraz wielu interesujących przykładów z literatury i sztuki (żałuję jedynie, że ilustracje są czarno-białe, wszakże kolor, jego głębia, niejednokrotnie wywierają istotny wpływ na odbiór obrazu i treści w nim zawartych). 

W swoich poszukiwaniach Boga Scruton skupia się przede wszystkim na człowieku i trudno się z nim nie zgodzić. W końcu nierzadko się zdarza, że to właśnie kontakty z drugą osobą pozwalają nam lepiej poznać samych siebie, skłaniają do zastanowienia się nad swoim postępowaniem, a nieraz i wymuszają określone decyzje. Z pewnością każdy miał takie momenty, w których starał się być kimś lepszym, działać jak najwłaściwiej dlatego, żeby zrobić przyjemność bliskiej osobie, pokazać, że nam na niej zależy, że jest dla nas ważna. Można powiedzieć, że druga osoba potrafi wpływać nie tylko na nasze zachowanie, ale i na emocje - potrafi nas rozbawić, pocieszyć, ale i zranić słowem (choć niewątpliwie poziom tego wpływu zależy też od indywidualnej wrażliwości danego człowieka). Oczywiście nie można zapomnieć, że w naszych wzajemnych relacjach zwracamy uwagę również na wygląd. Gdy pierwszy raz widzicie osobę, której jeszcze nie zdążyliście poznać, to na co najpierw zwracacie uwagę? Na piersi? Nogi? A może oczy? Według Scrutona najważniejsza w kontaktach międzyludzkich jest twarz - to ona jest zwierciadłem naszej duszy i samopoczucia. Mam podobne odczucia, może dlatego rozdział poświęcony zagadnieniu twarzy był dla mnie jednym z najciekawszych w książce.

"Oblicze Boga" bardzo wyraźnie ukazuje stanowisko autora, jak i jego emocje. Nie trudno dostrzec zachwyt nad ludźmi - naszym rozumem, uczuciami, umiejętnością dostrzegania piękna, ciekawością czy skłonnością do stawiania pytań egzystencjalnych. Z drugiej strony, czuć pewien żal i smutek z powodu zagubienia współczesnego człowieka, jego przedmiotowym podejściem do siebie nawzajem i do środowiska, w którym żyje. Mam wrażenie, że Scruton chciał pokazać, że potrafimy być lepsi, nasze życie może być pełniejsze, a otoczenie piękniejsze. Według niego pomóc nam może religia i wiara w dobro człowieka. Osobiście może nie skupiałabym się na jakiejś konkretnej religii, a raczej na poszukiwaniu świętości w sobie, innych czy naturze, a przynajmniej na podjęciu takiej próby.

Jak wspomniałam wcześniej, w swojej argumentacji autor odwołuje się do religii chrześcijańskiej. Czy zatem jest to książka jedynie dla osób tej wiary? Nie, ponieważ wiele uwag Scrutona ma charakter o wiele bardziej uniwersalny. Nie sposób zaprzeczyć, że świat byłby lepszy, gdyby ludzie odnosili się do siebie z większym szacunkiem, traktowali siebie nawzajem jako osoby, a nie tylko jako rzeczy, które mogą przynieść jakąś korzyść. Albo jeśli człowiek potrafiłby zatrzymać się na chwilę, wsłuchać w siebie czy zachwycić pięknem otaczającej przyrody czy ciekawej architektury. Myślę, że warto sięgnąć po tę książkę i każdy - zarówno wierzący, agnostyk, jak i ateista - może znaleźć w niej coś dla siebie, coś, co go zastanowi, zaskoczy, a może zwróci uwagę na jakiś aspekt własnego życia.


Tytuł: Oblicze Boga. Wykłady imienia Gifforda 2010
Tytuł oryginału: The Face of God. The Gifford Lectures 2010
Autor: Roger Scruton
Tłumaczenie: Justyna Grzegorczyk
Wydawca: Zysk i S-ka Wydawnictwo
Data premiery: lipiec 2015
Ilość stron: 240
ISBN: 978-83-7506-490-7

środa, 4 października 2017

Golem - Gustav Meyrink

Podążając ścieżką ducha

Tekst opublikowany pierwotnie na portalu Szortal.


Ławka. Rzeczownik reprezentujący przedmiot służący do siedzenia, najczęściej zbudowany z kilku złączonych ze sobą desek. Zwykłe, pojedyncze słowo, niewywołujące żadnych wrażeń. Sytuacja zmienia się, gdy pomyślimy o pewnej konkretnej ławce, np. umiejscowionej w parku, na której kiedyś siedzieliśmy i wyjątkowo przyjemnie spędziliśmy czas. Nagle to niepozorne słowo "ławka" zaczyna wywoływać konkretne emocje związane z doświadczoną przez nas sytuacją. Nie jest to jednak już tylko jedno, samotne słowo, dołączyły do niego inne (np. park, lato, śmiech, rozmowa), tworząc razem żywe wspomnienie. Ta moc słów nie dotyczy jedynie wydarzeń, które faktycznie nam się przytrafiły. Równie sugestywnie potrafi oddziaływać słowo pisane, fikcja literacka. Są pisarze, którzy wyjątkowo biegle posługują się słowami. Potrafią tak je ze sobą połączyć, że lektura nas wciąga, zabiera w inny czas, inną rzeczywistość, włącza myślenie, wzbudza emocje, zachwyca pięknym językiem czy wykreowanym światem.

W przypadku "Golema" ta siła słów widoczna jest przede wszystkim w nastroju - ciężkim, mrocznym i onirycznym. Trafiamy do dzielnicy żydowskiej w Pradze, która przesiąknięta jest atmosferą beznadziei, nienawiści, powierzchowności. Nawet budynki wydają się tchnąć złą energią, a niezmiennie pesymistyczne myśli zatruwają powietrze. Życie się nie zmienia, historia wciąż na nowo zatacza koło, ludzie nieustannie powtarzają te same błędy, a ich umysły tkwią niczym we śnie, nie dostrzegając tego, co najważniejsze. Egzystują niczym Golem - bez duszy, celu, czekając na coś nieokreślonego, bezmyślnie żyjąc z dnia na dzień. W tym ponurym mieście mieszka Athanasius Pernath, szlifierz kamieni szlachetnych, który próbuje wyjść poza tę rzeczywistość, wsłuchać się w swą duszę, uzyskać zrozumienie. Krąży między jawą a snem, między duchem a emocjami dnia codziennego.

Oczywiście powieść Meyrinka to nie tylko nastrój. Autor snuje również pewną opowieść, a właściwie dwie opowieści. Jedna z nich jest przyziemna - Pernath zostaje wciągnięty w intrygę, w której pojawiają się trucizny, zemsta, podstępy, więzienie i piękna dama. Druga - ezoteryczna, dotyczy ducha. Według mnie, to właśnie na tę drugą historię położony jest główny nacisk. Meyrink skupia się na człowieku - jego emocjach, wpływie wychowania i środowiska na nasze postępowanie, ograniczonym postrzeganiu, myślach kłębiących się w umyśle. Zwraca uwagę na rozwój duchowy, który daje możliwość dostrzeżenia prawdy, sięgnięcia poza iluzję rzeczywistości oraz rozjaśnienia umysłu. Zastanawia się wreszcie nad życiem - czy jesteśmy tylko marionetkami pchanymi przez los, a nasza wolna wola to jedynie iluzja? W tych wszystkich rozważaniach sięga po kabałę i tarota, stanowiących narzędzia do poznania samych siebie.

Jest to książka bogata w treści i symbole, które szczególnie wyraźne będą dla osób interesujących się ezoteryką i tarotem. Również w tytułowej postaci "Golema" możemy odczytać pewną symbolikę. Z jednej strony reprezentuje człowieka - nieświadomego Głupca, kierowanego przez instynkty, zwodzonego przez zmysły, działającego impulsywnie. Z drugiej zaś strony - jest dla Pernatha impulsem do rozpoczęcia wędrówki ku oświeceniu, do osiągnięcia drugiego etapu - Maga (Kuglarza), który zaczyna dostrzegać dwoistość natury, podział na dobro i zło, mrok i światło, ducha i ciało. Jak pokazuje przykład Pernatha, kroczenie drogą rozwoju nie jest łatwe, wymaga pokonania przeciwności zewnętrznych, ale i wewnętrznych blokad, mimo tego warta jest zachodu. Tak jak i powieść Meyrinka, której doskonale wykreowany nastrój oraz odszyfrowywanie ukrytych znaczeń wciąga czytelnika do samego końca. Zachęcam zatem do odbycia tej podróży, której zakończenie może Was zaskoczyć.


Tytuł: Golem
Tytuł oryginału: Der Golem
Autor: Gustav Meyrink
Tłumaczenie: Jerzy Łoziński
Wydawca: Zysk i S-ka Wydawnictwo
Data premiery: sierpień 2015
Ilość stron: 275
ISBN: 978-83-7785-562-1

wtorek, 3 października 2017

Pandemia - Jana Wagner

Trudna droga

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Szortal.


Populacja ludzka na całym świecie nieustannie się powiększa: co minutę na Ziemi przybywa 255 ludzi. Technologia i medycyna są na coraz wyższym poziomie, dzięki czemu życie człowieka jest dłuższe i łatwiejsze. Jednak nie tylko my się rozwijamy i uczymy bronić się przed zagrożeniem. Wirusy nie pozostają w tyle - mutują, szukają coraz nowszych sposobów na oszukanie naszego układu odpornościowego. Z tego względu wybuch pandemii wydaje się być całkiem realnym scenariuszem. Jak z wizją tego typu apokalipsy poradziła sobie Jana Wagner?  

Ludzkość zostaje zaatakowana przez nieznany wirus. Brakuje lekarstw, nie ma szczepionki. Cały świat pogrąża się w chaosie. Liczba zachorowań wzrasta z dnia na dzień, z godziny na godzinę. Co w takiej sytuacji można zrobić? Możliwości jest niewiele - poddać się, zamknąć w swoim domu, mając nadzieję, że choroba nas nie dopadnie, albo próbować uciec przez zarazą. Anna wybiera ostatnią opcję. Wraz z synem, mężem i znajomymi postanawia udać się w najbardziej bezludne tereny Rosji, aby schronić się przed śmiercionośnym wirusem. Okazuje się, że dotarcie do celu nie będzie jednak proste. Na drodze staną ludzie, przyroda i kurczące się zapasy paliwa.

Jak zatem przedstawia się sytuacja w Rosji zaatakowanej przez wirus? Początkowo nie wygląda to groźnie. Owszem, ludzie zaczynają chorować, na ulicach nieśmiało zaczynają pojawiać się pojedyncze osoby z maskami na twarzach. Z powodu kwarantanny zamykane są szkoły, jednak bardziej przypomina to ferie, niż stan wyjątkowy. Nic nie wskazuje na to, że już niedługo dojdzie do kataklizmu. Aż do czasu zamknięcia Moskwy. Nagle ta ogromna, wielomilionowa metropolia zostaje otoczona drutem kolczastym i odcięta od świata. W ciągu jednego dnia przestają działać lotniska, dworce kolejowe, komunikacja miejska. Nikt nie może opuścić miasta, ani do niego wjechać. Nie ma już szansy na uratowanie bliskich, którzy zostali w stolicy. Są skazani na śmierć. Chaos rozprzestrzenia się na cały kraj. Również w małych miasteczkach i wsiach nie jest bezpiecznie. Władze na różne sposoby próbują powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa, często nie przebierając w środkach. Teraz najważniejszym celem staje się własne przetrwanie. Za wszelką cenę. Każdy obcy staje się wrogiem. Nie ma miejsca na litość, współczucie, wyciąganie pomocnej ręki. Trzeba być twardym, wiecznie czujnym, wypatrywać zagrożenia z każdej strony. Słabego i nieostrożnego zabija wirus, głód, mróz, albo ginie z ręki drugiego człowieka. Zatraca się w tym wszystkim człowieczeństwo, zaczyna rządzić instynkt, nasza zwierzęca natura.

Głównym celem autorki nie było jednak przedstawienie świata postapokaliptycznego. Przede wszystkim jest to powieść psychologiczna, historia o ludziach, w której oczami Anny obserwujemy umierający świat. W czasie ich przeprawy możemy śledzić jej myśli, obserwujemy rosnący w całej grupie strach, paranoję, chwile załamania, wybuchy paniki. Pokazane są relacje między ludźmi, nie zawsze darzącymi się wzajemną sympatią, którzy nagle zostali skazani na swoje bezustanne towarzystwo. Ich przestrzeń życiowa gwałtownie się skurczyła, muszą żyć blisko siebie, brakuje miejsca na chwilę samotności. Autorce bardzo dobrze udało się przekazać te wszystkie trudne relacje. Choć, szczerze mówiąc, wydaje mi się, że Wagner trochę przesadziła z nadmiernym komplikowaniem relacji, umieszczając razem z Anną byłą żonę swojego ukochanego. Na szczęście wątek ten nie przytłacza i nie psuje odbioru całej powieści.

Przyznaję, że "Pandemia" mnie zaskoczyła. Zdecydowanie pozytywnie. Zadziwiło mnie, jak bardzo ta książka mnie pochłonęła, a przecież nie zawsze wiele się tutaj dzieje. Czasami po prostu wsłuchujemy się w myśli Anny. Mimo tego, dzięki specyficznemu nastrojowi, który udało się stworzyć autorce, czułam zagrożenie, napięcie, przerażenie, ciasnotę i rosyjskość. Postacie pojawiające się w powieści są niezwykle autentyczne, mają swoje wady, zalety i lęki. Jeszcze teraz, już po lekturze, ta historia nadal krąży w mojej głowie, co tylko potwierdza, że "Pandemia" naprawdę zrobiła na mnie wrażenie. Dlatego i Was zachęcam do wyruszenia w podróż po zaśnieżonych rosyjskich drogach, w czasie której strach będzie równie mocno przeszywał jak mróz.


Tytuł: Pandemia
Tytuł oryginału: Vongozero
Autor: Jana Wagner
Tłumaczenie: Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka Wydawnictwo
Data premiery: luty 2015
Ilość stron: 440
ISBN: 978-83-7785-441-9