Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rebis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rebis. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 lipca 2019

Hiob. Komedia sprawiedliwości - Robert A. Heinlein

Pytanie o sens cierpienia

Recenzja powstała przy współpracy z Szortalem.

Niedawno wydawnictwo Rebis wystartowało z nową serią „Wehikuł czasu”. Jedną z pierwszych książek, która ukazała się w jej ramach, były „Kwiaty dla Algernona” Daniela Keyesa. Miałam okazję ją przeczytać i z całego serca polecam. Jest pełna emocji, skłaniająca do myślenia, poruszająca i znakomicie napisana (doskonale ukazana ewolucja języka). Muszę przyznać, że po takim świetnym początku z lekką obawą sięgnęłam po najnowszą powieść z tej serii. Choć „Kwiaty…” pozostały moim faworytem, to jednak „Hiob. Komedia sprawiedliwości” nie przyniósł rozczarowania.


Zwyczajowo powinnam zacząć od wprowadzenia do fabuły, jednak w tym przypadku nie ma to specjalnie sensu. Każdy zna historię biblijnego Hioba, więc biorąc książkę do ręki, można domyślić się, o co ogólnie w niej chodzi. Nowy Hiob, Alexander Hergensheimer staje się ofiarą zakładu między Bogiem a Szatanem. Jego życie w jednej chwili zostaje wywrócone do góry nogami. Traci wszystko – majątek, nazwisko, a z upływem czasu jest jeszcze gorzej. Jak widzicie, inny czas, inna rzeczywistość, ale historia ta sama.


Opowieść Alexandra brzmi bardziej swojsko, nie tylko ze względu na język i bliższy nam czas akcji, ale i wprowadzenie elementów znanych z książek fantastycznych. Z kolei wciąż zmieniające się okoliczności przyrody oraz sytuacje, z którymi musi zmierzyć się główny bohater, przywodzą na myśl powieść przygodową (choć raczej przygodę z tych tragicznych, jeśli spojrzeć z perspektywy Alexa). Jeśli dołoży się do tego akcenty żartobliwe, a nawet satyryczne, szczyptę surrealizmu oraz ironii, to można odnieść wrażenie, iż ma się do czynienia z pozycją lekką, która umili jeden czy dwa wieczory. To nie do końca prawda. Owszem, „Hioba” czyta się szybko, potrafi zaciekawić, wciągnąć (jedynie gdzieś w połowie można poczuć nieco znużenia tymi ciągłymi zmianami; szczęśliwie jest to chwilowe i akcja szybko nabiera rumieńców, aż do zaskakującego finału). Nie można jednak zapominać, że tematem przewodnim jest religia, podejście człowieka do wiary, a to często bywa kwestią drażliwą.


Próba Hioba jest takim sposobem na poradzenie sobie ze spadającymi na człowieka nieszczęściami. Wiecie, żyjecie sobie spokojnie, nikomu nie wadzicie, krzywdy nie robicie, a tu nagle ciach! Wszystko wali wam się na głowę, tracicie pracę, w domu wieczne awantury, dopada was śmiertelna choroba, albo, na przykład, patrzycie, jak w wielkim bólu odchodzi bliska osoba i nic nie możecie na to poradzić. Jaki jest sens cierpienia? Czym sobie na to zasłużyliście? Dlaczego akurat was to spotkało? Nie ma na to odpowiedzi, ale może jakieś pocieszenie przyniesie religia. Może to Bóg tak was doświadcza? Sprawdza waszą wiarę, to czy będziecie przy nim trwali także w tych złych chwilach, a nie tylko szczęśliwych? Tutaj może pojawić się pytanie: „Czy Boga, który zsyła niedolę na niewinną osobę, można nazwać dobrym i sprawiedliwym”? Wydaje się, że odpowiedź autora brzmi „nie”. W końcu nie napisałby przecież takiej prześmiewczej książki, jaką jest „Hiob”. Heinlein krytykuje w niej ideę ślepej wiary, biernego pogodzenia się z losem oraz przeświadczenie, że poza nami jest ktoś inny, kto kieruje naszym życiem. Czy autor całkowicie potępia wiarę i religię? Nie wydaje mi się. Mam wrażenie, że dobrze pasuje tu cytat z „Piramid” Terry’ego Pratchetta: „(...) religia, choć to piękna rzecz, może doprowadzić za daleko” (Prószyński, 2001, str. 34). Może zatem lepiej porzucić ślepą wiarę na rzecz przemyśleń i bardziej trzeźwego spojrzenia na tę kwestię.


Jak wspomniałam często zmieniają się tu okoliczności, miejsca, w których znajduje się główny bohater, jednak autor nie poświęca ich opisom zbyt dużo słów. Bardziej skupia się na postaci Alexandra, jego myślach, reakcjach, uczuciach. Pewnie dlatego książka tak bardzo kojarzy mi się z teatrem. Niejednokrotnie w czasie czytania miałam wrażenie, że siedzę na widowni i patrzę na scenę, gdzie Alex wypowiada pełen emocji monolog albo nieco pompatycznym tonem próbuje nawrócić swą ukochaną czy innych napotkanych ludzi. Choć pewnie jakiś pełen wyobraźni reżyser mógłby z tego zrobić też całkiem widowiskowy film. Na razie nie ma ani filmu, ani sztuki teatralnej, więc pozostaje sięgnąć po książkę. Według mnie naprawdę warto. Może okaże się ona dla was jedynie rozrywką, a może skłoni do głębszych przemyśleń. Kto wie.


Tytuł: Hiob. Komedia Sprawiedliwości
Tytuł oryginalny: Job: A Comedy of Justice
Autor: Robert A. Heinlein
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Rebis
Seria: Wehikuł czasu
Data wydania: czerwiec 2019
Liczba stron: 456
ISBN: 978-83-8062-223-4

poniedziałek, 27 maja 2019

Kwiaty dla Algernona - Daniel Keys

W głowie Charliego Gordona

W kwietniu tego roku wydawnictwo Rebis wystartowało z nową serią "Wehikuł czasu". W jej ramach mają ukazywać się nagradzane, lubiane oraz najbardziej znaczące powieści fantastycznonaukowe. Serię rozpoczęły dwa tytuły: "Koniec dzieciństwa" Artura C. Clarke'a oraz "Kwiaty dla Algernona" Daniela Keysa. Jak na razie przeczytałam tę drugą pozycję i muszę przyznać, że była to niezapomniana lektura. 

Książka opowiada historię trzydziestodwuletniego, upośledzonego umysłowo Charliego Gordona, który poddaje się eksperymentowi mającemu na celu podniesienie poziomu jego inteligencji. Powieść została napisana w formie dziennika, w którym główny bohater spisuje swoje przeżycia, doświadczenia, pojawiające się wspomnienia. Dzięki temu można obserwować jego stopniową zmianę, a przede wszystkim poznać jego myśli i uczucia. 

Zapiski Charliego są jednocześnie fascynujące i poruszające. Fascynująca jest obserwacja jego stopniowego rozwoju, rosnącej inteligencji i samoświadomości. Doskonale widać ją w zmianie stylu pisania, ortografii, gramatyce (brawa dla tłumacza!) oraz w jakości przelewanych na papier treści. Jednak rozwój ten ma też swoje ciemne strony. Wraz ze wzrostem zdolności umysłowych wracają wspomnienia i to często bolesne. Bohater musi stawić czoła swoim uczuciom, które nie nadążają za postępem intelektualnym, zrozumieć je i spróbować dojść do ładu z samym sobą. Jego przemyślenia, przykre doświadczenia, odkrywanie prawdy o bliskich mu ludziach są przekazane w tak empatyczny, obrazowy sposób, że podczas czytania nie sposób nie ulec emocjom.  

W powieści przewija się temat samotności. Charlie, zarówno w postaci upośledzonej, jak i inteligentnej, pragnął towarzystwa ludzi, ich akceptacji i przyjaźni. W wersji inteligentnej ludzie za nim nie przepadali, ponieważ przewyższał ich wiedzą oraz przenikliwością przez co czuli się przy nim gorsi. W wersji upośledzonej ci, którzy nazywali siebie jego przyjaciółmi, tak naprawdę traktowali go jako obiekt do żartów i polepszania sobie samopoczucia. Mimo wszystko w tej swojej pierwotnej postaci był szczęśliwszy. Śmiał się wraz z nimi, bo nie był świadomy, że to jego ułomność jest źródłem ich radości. Z pewnością coś w tym jest - czasem niewiedza, nieświadomość pewnych rzeczy sprawia, że żyje się łatwiej, szczęśliwiej.

Jak można przeczytać w książce "inteligencja to jeden z największych ludzkich darów".  Po przemianie Charlie chłonie wszelką wiedzę i sprawia mu to autentyczną przyjemność. Jednak inteligencja to nie wszystko. Gdy nie ma uczuć, miłości, empatii, normalnych kontaktów międzyludzkich, to człowiek jest ułomny: "inteligencja bez zdolności dawania i brania uczuć prowadzi do umysłowego i emocjonalnego załamania". Jeśli człowiek skupia się jedynie na umyśle, to pozbawia się bardzo ważnej części życia. Nie dotyczy to tylko codzienności. Autor krytykuje naukowców, którzy traktują ludzi przedmiotowo, jak obiekt badań, zamiast widzieć w nich człowieka. 

"Kwiaty dla Algernona" to książka napisana inteligentnie i poruszająco. Świat Charliego pochłania, zmusza do myślenia, a przede wszystkim nie pozwala przejść wobec niego obojętnie. Jeszcze długo po przeczytaniu moje myśli krążyły wokół tej powieści. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć, do czego Was gorąco zachęcam.


Tytuł: Kwiaty dla Algernona
Tytuł oryginału: Flowers for Algernon
Autor: Daniel Keys
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
Seria: Wehikuł czasu
Wydawca: Rebis
Data wydania: kwiecień 2019
Liczba stron: 304
ISBN: 978-83-8062-222-7

niedziela, 11 lutego 2018

Złoty dom Goldenów – Salman Rushdie

Nie całkiem złote koleje losu

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Szortal.
 

Salman Rushdie kojarzy się chyba najbardziej z „Szatańskimi wersetami”. Pozycję tę wciąż mam na swojej liście „chcę przeczytać". Pisarza poznałam natomiast z jego nowszej powieści, „Czarodziejki z Florencji”. Zachwycił mnie językiem, atmosferą baśni, przenikaniem się w jego opowieści magii i rzeczywistości. I mimo że historia była dosyć prosta, to poruszała też poważniejsze tematy, jak chociażby rola kobiety w społeczeństwie, siła władzy, odmienność kultur. Z tego też względu, kiedy pojawiła się okazja przeczytania „Złotego domu Goldenów”, bez wahania z niej skorzystałam. 

W dniu inauguracji Obamy jako prezydenta USA do Nowego Jorku przybywa tajemniczy bogacz, Neron Golden. Wraz ze swoimi trzema synami zamieszkuje w Ogrodach, zabytkowej dzielnicy miasta. Cała czwórka zostawiła za sobą przeszłość, odcięła się od swoich korzeni, by rozpocząć całkiem nowe życie. Początkowo było rzeczywiście bardzo udane, ale okazuje się, że zarówno od siebie samego, jak i od własnej historii nie da się uciec. Prędzej czy później minione dni dają o sobie znać, a skrywane tajemnice wychodzą na jaw. Trzeba stawić czoło dawnym problemom, wspomnieniom, niezamkniętym sprawom. 


Kronikarzem losów rodziny Goldenów zostaje jeden z ich nowych sąsiadów, René, początkujący filmowiec. To dzięki niemu poznajemy historię czwórki mężczyzn, ich wzloty i upadki. Trzeba przyznać, że to dość nietypowa familia. Głową rodziny jest Neron – starszy mężczyzna, emanujący pewnością siebie, megaloman nieznoszący sprzeciwu i wzbudzający niepokój w innych, ojciec trzech synów.  Każdego z nich dręczą inne problemy. Najstarszy, Petroniusz (Pietia), zmaga się z alkoholizmem i strachem przed światem. Drugi syn – Lucjusz Apulejusz (Apu), to artysta, marzyciel, któremu zawsze brakowało uwagi ojca. I wreszcie najmłodszy członek rodu, efekt romansu seniora – Dionizos (D) – wieczny outsider, dręczony przez ból i problemy z odnalezieniem własnej tożsamości. Życie Goldenów przepełnia tragizm, który nieuchronnie ciągnie ich w przepaść. Może zabrakło w tej rodzinie jedności, większej czułości. Koleje jej losów pokazują bowiem, iż nadmierna kontrola, pieniądze i brak wspólnych rozmów nie są jednak dobrym sposobem na ochronę najbliższych przed upadkiem. 


Ze „Złotego domu Goldenów" emanuje filmowy nastrój, co chyba nie dziwi, w końcu narrator pracuje właśnie w tej branży. Wspominane są różne produkcje, ale też niektóre fragmenty powieści mają w sobie coś ze scenariusza filmowego. I tak jak w filmie są sceny pokazujące szerszy plan, krajobraz, otoczenie, również w powieści autor oddala się od bohaterów, ukazując sytuację w Ameryce – aktualne trendy kulturowe, myślowe, politykę, sztukę. Czasem jednak przestaje być jedynie obserwatorem oraz komentatorem otaczającej go rzeczywistości. Stopniowo René staje się porte-parole autora – początkowy świadek życia rodziny Goldenów daje się ponieść emocjom, relacjonuje wydarzenia zgodnie ze swoimi poglądami, przede wszystkim politycznymi. Przyznaję, że nie byłam zachwycona tymi mocno subiektywnymi wtrętami, co nie zmienia faktu, że wiele zjawisk ukazał z niezwykłą trafnością. Chociażby wolność słowa czy poprawność polityczną, które potrafią przybrać wręcz absurdalne formy. Nie wystawisz sztuki, która w tytule ma słowo „wagina”, bo możesz urazić osoby, które czują się kobietami, a tego narządu nie posiadają. Nie możesz użyć słowa „zwariowałeś”, bo jest ono obraźliwe dla osób chorych psychiczne. Albo kwestia poszukiwania tożsamości – bardzo modny ostatnio temat, celnie skomentowany przez Rushdiego. W tej mnogości opcji nie ma miejsca na wahanie, niepewność, trzeba koniecznie przypiąć sobie konkretną łatkę. Nie ma mowy o poszukiwaniu siebie, jest tylko kwestia wyboru określonej roli. Czy to nie jest, paradoksalnie, ograniczenie wolności i indywidualizmu? Bo czyż ludzie nie składają się ze sprzeczności i wątpliwości? Czy naprawdę najważniejszą sprawą powinno być zmieszczenie się w wymyślonych przez kogoś ramach? 


„Złoty dom Goldenów” to przede wszystkim powieść o rodzinie, braku porozumienia i demonach, czających się w każdym z nas. Ale nie tylko. Nie sposób bowiem nie odnieść wrażenia, iż rozpad familii Goldenów jest też metaforą rozpadu całego kraju. Rzeczywistość przedstawiona przez autora nie napawa optymizmem. Nastały czasy kłamców, ludzi bezmyślnych, skorumpowanych i zaślepionych nienawiścią. Szerzą się podziały, zamachy i zabójstwa. Nastąpił upadek moralności i wyższych wartości. Czy jest na to jakaś rada? Może chodzi o to, by najpierw przyjrzeć się relacjom panującym właśnie w rodzinie? Oceńcie sami. Ja na koniec powiem jeszcze, że Salman Rushdie nie zawodzi, jeśli chodzi o język, wykreowane postaci oraz poprowadzenie fabuły. Stworzył wciągającą, barwną, poruszającą powieść, po którą z pewnością warto sięgnąć, do czego Was szczerze zachęcam.



Tytuł: Złoty dom Goldenów
Tytuł oryginalny: The Golden House
Autor: Salman Rushdie
Tłumaczenie: Jerzy Kozłowski
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: listopad 2017
Liczba stron: 400
ISBN: 978-83-8062-197-8

piątek, 29 grudnia 2017

Hotel Marigold - Deborah Moggach

Czas na zmiany

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Szortal.

Oglądaliście film, który powstał na podstawie powieści Moggach? Ja tak i podobał mi się. Można było w nim zobaczyć historię grupki starszych ludzi, o odmiennych osobowościach i dźwigających różny bagaż doświadczeń życiowych, którzy znaleźli się daleko od swoich rodzinnych domów. Film niósł ze sobą pozytywne przesłanie, pokazywał, że nigdy nie jest za późno, żeby zmienić coś w swoim życiu: przynieść ulgę sumieniu, ponownie się zakochać, zacząć samemu podejmować decyzje, czy nauczyć się czerpać radość z każdej chwili. Biorąc do ręki książkę znów przed oczami pojawili się aktorzy grający w filmie: Judi Dench (tak, okładka pomogła), Maggie Smith, Bill Nighy czy Dev Patel, który wcielił się w Sonniego, właściciela hotelu, który tak uroczo tryskał zapałem i optymizmem. Natomiast kiedy zaczęłam ją czytać, szybko przekonałam się, że ekranizacja stanowi jedynie luźną interpretację powieści. Są to właściwie dwa różne dzieła, które łączy miejsce akcji, imiona bohaterów oraz, powiedzmy, ogólny przekaz.

Wszystko zaczęło się od Raviego Kappora, który nie znosił swojego teścia. Od kiedy Norman został wyrzucony z kolejnego domu spokojnej starości i zamieszkał razem ze swoją córką, Pauline, nerwy Raviego wciąż były rozpalone do czerwoności. Ze swoich żalów zwierzył się Sonniemu, kuzynowi, który do Anglii przyleciał w interesach. Sonny miał prawdziwą żyłkę do biznesu i potrafił wyczuć doskonałą okazję do zarobku. To właśnie on wpadł na pomysł urządzenia domu spokojnej starości w dalekich Indiach, dzięki czemu Ravi mógł pozbyć się swojego dokuczliwego teścia. Machina organizacyjna ruszyła i po jakimś czasie Hotel Marigold zapełnił się angielskimi emerytami.

Na kartkach powieści spotyka się wiele postaci. Uogólniając, można je podzielić na dwie grupy: osoby w wieku +/- pięćdziesiąt, oraz emeryci po siedemdziesiątce. Niektóre z nich możemy mniej lub bardziej poznać, usłyszeć ich myśli, inne pojawiają się na chwilę i szybko znikają, ale wszystkie wykreowane są realistyczne, na to narzekać nie można. Niestety, nie ma większej szansy, żeby bardziej zżyć się z którąś z nich, czy lepiej zrozumieć jej postępowanie. Autorka przeskakuje od jednej do drugiej, albo wprowadza kogoś nowego. Jest ich zwyczajnie za dużo, tu nawet statysta ma swoje pięć minut. A przecież naprawdę nie ma żadnego znaczenia dla fabuły informacja, że jeden z takich statystów rozmyśla o tym, że znudził go obecny chłopak, albo że inna statystka "pożera" w myślach każdego napotkanego mężczyznę, bo pobyt w Indiach tak rozpalił jej żądze, że chodzi wiecznie napalona. Z tego też względu trudno powiedzieć, że czyta się opowieść tylko o emerytach i rozterkach starości. Jest to raczej historia o ludziach, a dokładniej nieszczęśliwych ludziach, których, niezależnie od wieku, dręczą różne problemy. Czują się źle w małżeństwie, bo nagle druga osoba staje się kimś obcym, wkrada się nuda, rutyna, brak zrozumienia, albo uświadamiają sobie, że życie z tą drugą połówką to była jedna wielka pomyłka. Dzieci nie dogadują się z rodzicami. Rodzicom łatwiej przychodzi rozmowa i okazywanie czułości osobom obcym osobom niż własnym dzieciom; z drugiej zaś strony są matki, których jedynym celem życia są właśnie dzieci. Inni cierpią na samotność, brak czułości, poczucie zagubienia w życiu, nieważności. Jeszcze inni, zmagają się z chorobami i ograniczeniami ciała, czy też próbują na wszelkie sposoby udowodnić, że wciąż są atrakcyjni dla płci przeciwnej i potrafią wykazać się w łóżku.

W tle historii pojawiają się też Indie - biedne, głośne, zatłoczone, brudne, z kalekami leżącymi na każdym rogu ulicy, produkujące same tandety (np. samoprzylepne karteczki, które się nie kleją), przyprawiające każdego turystę o biegunkę, ale równocześnie dbające, w przeciwieństwie do Brytyjczyków, o starych ludzi. Obcokrajowców przyciągają do nich piękne zachody słońca i mistyka. Pełno tam mędrców, którzy chętnie pomagają zwykłym śmiertelnikom wznieść się na wyżyny oświecenia duchowego. Ten wymiar religijny autorka podkreśliła umieszczając na początku każdego rozdziału cytaty hinduskich poetów, nauczycieli duchowych, Buddy czy fragmenty mantr, choć można odnieść wrażenie, że stosunek autorki do hinduizmu bywa momentami nieco prześmiewczy.

Książka jest nierówna, składa się z dobrych oraz kiepskich, naciąganych i zupełnie niepotrzebnych scen. Jak wspomniałam na początku, książka i film stanowią dwa odrębne dzieła, ale nie mogę się powstrzymać przed ich porównaniem. Zaletą filmu jest ograniczenie do konkretnej grupy starszych bohaterów, dzięki czemu lepiej można ich poznać, zaobserwować jak zmieniali się i rozpoczynali nowe życie. W książce tego zabrakło, panuje w niej zbytnie rozproszenie i nadmiernie rozdrabnianie na nic nieznaczące szczegóły. Niemniej jednak, przesłanie wydaje się jasne - na każdym etapie życia podejmujemy decyzje, które wpływają potem na nasz dalszy los, i zawsze jest czas, by zmienić coś na lepsze. Zatem, celebrujmy zmiany.


Tytuł: Hotel Marigold
Autor: Deborah Moggach
Tłumacz: Magdalena Hermanowska
Wydawca: Rebis
Data wydania: 02.02.2016
Liczba stron: 384
ISBN: 978-83-7818-834-6

środa, 8 listopada 2017

Wielka Magia. Odważ się żyć kreatywnie - Elizabeth Gilbert

Po prostu rób swoje

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Szortal.

Żyć kreatywnie... znaczy jak? Mieć otwarty umysł, poszukiwać innowacyjnych rozwiązań, tworzyć nowe koncepcje, opowieści czy rzeczy materialne, np. obraz, gliniany wazon, album scrapbookingowy. Może to być poszukiwanie własnej drogi, zebranie się na odwagę i zrobienie czegoś, czego nigdy wcześniej się nie robiło, bo w ten sposób, być może, odkryjemy w sobie talent, albo odnajdziemy spokój. Dla każdego twórcze życie będzie oznaczać coś innego. Gilbert uważa, że wszyscy powinniśmy prowadzić taką aktywność, bez względu na to, czy ograniczymy się do hobby, czy będziemy na tworzeniu zarabiać pieniądze, bowiem tylko wtedy nasze istnienie nabierze barw, emocji i witalności.

"Wielką Magię" czyta się bardzo szybko. Nie jest to jedynie zasługa krótkich rozdziałów, ale też prostego, lekkiego języka. Gilbert pisze tak, jakby prowadziła swobodną rozmowę ze znajomym. Niejednokrotnie zwraca się do czytelnika, opowiada o swoich przyjaciołach, sąsiadach, ale przede wszystkim podaje przykłady z własnego życia. Tak, o sobie pisze dużo. Może chodzi o to, że najłatwiej pokazać coś na własnym przykładzie, co zna się z doświadczenia. Z pewnością ma to sens. Muszę jednak przyznać, że nie mogłam się zdecydować, czy w tej jej autoprezentacji pobrzmiewało więcej życzliwości i chęci pomocy ("popatrz, też miałam problemy, ale dałam radę, a jeśli mnie się udało, to Tobie też"), czy może raczej przeważała arogancja ("trzeba robić tak a tak, tylko takie postępowanie jest słuszne, a to dlatego, że ja właśnie tak działam; zatem bierz ze mnie przykład; próbuj, może Ci się uda").
 
Z kreatywnością związane jest tutaj myślenie magiczne. Autorka traktuje ją jak czarodziejską siłę. Wierzy, że naszą planetę zamieszkują "idee", czyli bezcielesne, energetyczne, świadome formy życia, których jedynym odruchem jest pragnienie zostania zaprezentowanymi. W tym celu krążą wokół nas, ludzi, poszukując partnera mającego otwarty umysł i wolę współpracy. Jeśli zatem mieliście chwile natchnienia, nagle wpadliście na świetny pomysł, oznacza to, że nawiedziła Was "idea". Brzmi interesująco/dziwnie/szaleńczo? Gilbert ma gdzieś, co o tym myślicie, ponieważ jest przekonana, że życie każdego z nas oparte jest na urojeniach, więc najlepiej wybrać takie, które w czymś nam pomogą.

Z jednej strony autorka pisze o magii, postawie wdzięczności i entuzjazmie, a z drugiej - prezentuje praktyczne podejście do tematu. Uważa, że lepsze jest dzieło skończone niż perfekcyjne, że należy postępować rozważnie, nie rzucać od razu pracy (bo nagle zachce się zostać pisarzem albo malarzem), ani nie zadłużać się, żeby np. ukończyć studia wyższe. Zapewnia, że nie jest przeciwniczką wyższego wykształcenia, według niej jednak, nie jest ono potrzebne, by pisać czy wykonywać jakikolwiek inny zawód artystyczny. Papierek musi mieć dentysta, prawnik, ale nie artysta (no chyba, że masz kasę i możesz sobie pozwolić na taki wydatek, wtedy droga wolna). Generalnie, wychodzi na to, że studia wyższe w jakiejkolwiek dziedzinie twórczości są stratą czasu i wpędzaniem się w długi (ciekawe czy takie samo podejście miała, gdy była wykładowcą na wydziale twórczego pisania). Ostrzega również, że droga kreatywnego życia ma też swoje ciemne momenty. Natchnienie nie zawsze przychodzi, a wtedy trzeba po prostu usiąść i zabrać się do mozolnej pracy. Może pojawić się frustracja, albo będziemy krytykowani, gdy pokażemy światu swoje dzieła. W takich chwilach warto sobie przypomnieć, że zaczęliśmy tworzyć z przyjemności, bo robiąc to czuliśmy się szczęśliwsi.

Czy Gilbert podaje jakieś świeże, nowatorskie rozwiązania albo porady? Niespecjalnie. Mówi o rzeczach znanych, choć trzeba też przyznać, że nieraz, w natłoku obowiązków, zapominamy o sprawach oczywistych, więc może ta książka ma nam o nich przypomnieć. Najważniejszym przesłaniem "Wielkiej Magii" wydaje się być kultywowanie ciekawości, wytrwałości i odwagi. Możliwie, że książka będzie jednak najbardziej przydatna dla osób, którym właśnie śmiałości brakuje, które w skrytości ducha mają ochotę tworzyć, ale boją się wyśmiania, uważają, że są na coś za starzy, albo dręczy ich wiele innych strachów. Różnie się w życiu układa, więc z pewnością warto mieć coś, co pozwoli oderwać się od codzienności. Cokolwiek, nieistotne co, może to być szydełkowanie, pisanie, taniec, wędkowanie czy łucznictwo. Najważniejsze, żeby po prostu sprawiało nam frajdę.


Tytuł: Wielka Magia. Odważ się żyć kreatywnie
Autor: Elizabeth Gilbert
Tłumacz: Bożena Jóźwiak
Wydawca: Rebis
Data wydania: listopad 2015
Liczba stron: 335
ISBN: 978-83-7818-773-8

czwartek, 2 listopada 2017

Trzynaście powodów - Jay Asher

Nastoletnie problemy

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Szortal.

W kwietniu tego roku odbyła się konferencja Wychowanie do samodzielności, na której psychiatra dr Paweł Kropiwnicki podał dane dotyczące samobójstw wśród młodzieży. Zgodnie z nimi, co roku w Polsce popełnia samobójstwo ok. 300 nastolatków. Te dane nie są jednak pełne, ponieważ nie obejmują prób samobójczych bez skutku śmiertelnego. Czy to nie przerażające? Co też skłania tak młodych ludzi, będących przecież na początku swego życia, do podjęcia tak drastycznych kroków? Wymienianych jest wiele powodów: czynniki genetyczne, depresja, pustka egzystencjalna, bezsens istnienia, problemy rodzinne, szkolne, choroba psychiczna, nękanie i upokarzanie przez rówieśników, uzależnienie od substancji psychotropowych, silny, przedłużający się stres, sytuacje traumatyczne. Jest to niewątpliwie zjawisko skomplikowane, nigdy nie wiadomo, jaka walka toczy się wewnątrz takiej osoby; często dla młodego człowieka jest to sposób wołania o pomoc. Jay Asher w swojej powieści pokazuje, że może być trzynaście powodów - wydarzeń i osób - które prowadzą do samobójstwa.

Clay Jensen zauważa pod drzwiami swojego domu zaadresowaną do niego paczkę. Wewnątrz znajduje się siedem kaset magnetofonowych. Wszystkie one po obu stronach są ponumerowane. Zaintrygowała go ta przesyłka. Nie dość, że teraz nikt już kaset nie słucha, to jeszcze nie wiadomo, kto ją przysłał. W garażu wygrzebał starą miniwieżę i włożył do niej taśmę z numerem jeden. Kiedy usłyszał głos wydobywający się z nagrania, jego ciekawość przerodziła się w niedowierzanie i przerażenie. Okazało się, że kasety zostały nagrane przez Hannah Baker, jego koleżankę z liceum, która kilka dni wcześniej popełniła samobójstwo. Opowiada na nich o swoim życiu i przyczynach podjęcia przez nią tak drastycznej decyzji.

Nie jesteśmy tacy sami. Są osoby, które rozpiera energia, wszędzie jest ich pełno, uwielbiają towarzystwo i potrafią mówić godzinami. Jest i grupa przeciwna - zamknięta w sobie, małomówna, nieśmiała, która swoją energię skierowuje do wnętrza. I wreszcie znajdzie się też grupa ludzi znajdująca się gdzieś pośrodku, mająca okresy przejściowe między ekstrawersją a introwersją. Ta nasza odmienność oznacza również, że każdy z nas na różne sposoby radzi sobie z pojawiającymi się na drodze trudnościami. Jedni mają więcej siły, by się podnieść i walczyć, drugich przygniatają nawet niewielkie problemy, które w ich odczuciu przybierają ogromne rozmiary. Z tego też względu wydaje mi się, że nie bardzo można oceniać, czy historia przedstawiona przez Ashera jest realistyczna, a powody dla których popełnia się samobójstwo - wiarygodne. W taki sposób starałam się czytać książkę - pamiętając o różnorodności ludzi oraz próbując wczuć się i zrozumieć inny punkt widzenia, emocje drugiej osoby. Niestety, muszę jednak przyznać, że niejednokrotnie podczas lektury problemy Hannah wydawały mi się przesadnie wyolbrzymione i infantylne. Może to kwestia wieku, w końcu to nastolatka, a taki młody człowiek jest bardziej wrażliwy, hormony szaleją, wszystko wydaje się straszniejsze i poważniejsze. Bohaterka pokazuje, że nie stało się to z dnia na dzień, tylko było efektem kuli śnieżnej - stopniowo narastały przykre doświadczenia, aż w pewnej chwili miarka się przelała. Niemniej jednak, na taśmach nie brzmi jak ktoś przygnębiony, depresyjny, kto ma poczucie beznadziei, jej wyznania nie kreują ciężkiego nastroju. Ma się wrażenie, że kasety nagrała nie po to, żeby coś wyjaśnić, ale by pokazać swoim kolegom i koleżankom jacy byli egoistyczni i jak źle ją potraktowali. Tak jakby te nagrania miały ich ukarać: "miejcie mnie na sumieniu, to przez Was się zabiłam".

Sądzę, że Asher chciał zwrócić uwagę na parę kwestii: nigdy nie wiadomo, jak nasze zachowanie wpłynie na drugą osobę, plotki mogą zniszczyć człowieka, bo ludzie wolą wierzyć właśnie w nie, niż samemu dowiedzieć się, jak jest naprawdę, kobieta nie jest przedmiotem ani dmuchaną zabawką, którą bierze się w każdej chwili, gdy najdzie ochota na zaspokojenie swoich potrzeb. Natomiast, jeśli chodzi o temat samobójstwa, to, w moim odczuciu, niespecjalnie poradził sobie z pokazaniem jego powagi. Wszystko było zbyt dziecinne, naiwne i uproszczone. Oprócz gwałtu, autor tak naprawdę nie porusza tutaj poważniejszych tematów takich jak depresja, nadużywanie narkotyków, choroby psychiczne, notoryczne dręczenie, problemy rodzinne. Ma się wrażenie, że wszelkie problemy Hannah ograniczają się do kilku plotek, rozczarowania, poczucia niezrozumienia.

Myślę, że autor chciał poruszyć czytelnika, skłonić do zastanowienia się nad swoim postępowaniem, czy zwrócić uwagę na osoby, które nas na co dzień otaczają. Aby zrealizować ten cel starał się wypełnić książkę silnymi emocjami, maksymalnie nasycić dramatyzmem i teatralnością. To może podziałać na młodszego czytelnika. Nie tylko ze względu na sposób przekazania historii (styl w jakim została napisana, prosty, nieskomplikowany język), ale i dlatego, że zabrakło tutaj bardziej dojrzałych, głębszych refleksji. Sama konstrukcja jest dosyć interesująca: kursywą dostajemy historię Hannah, a prostą czcionką równocześnie poznajemy reakcję Claya, jego myśli czy rozmowy z osobami, które spotyka w czasie przesłuchiwania kaset. Z drugiej strony, poznajemy bardzo ograniczoną perspektywę, subiektywne spojrzenie na daną sytuację tylko dwóch osób. Nie wiemy, jak rodzicie Hannah oraz inne osoby ze szkoły odbierały jej zachowanie i ją samą. Nie mogę powiedzieć, że dzięki książce zyskałam większe zrozumienie i dowiedziałam się czegoś nowego. Mimo tego, samobójstwo jest zjawiskiem, o którym warto dyskutować, nawet w takiej formie. Jest to zawsze okazja do zwrócenia uwagi na ten problem, zwłaszcza że statystyki zgonów samobójczych z każdym rokiem niepokojąco rosną w górę.


Tytuł: Trzynaście powodów
Autor: Jay Asher
Tłumaczenie: Aleksandra Górska
Wydawca: Rebis
Data wydania: 20.10.2015
Liczba  stron: 272
ISBN: 978-83-7818-812-4

piątek, 27 października 2017

Madonna w futrze - Sabahattin Ali

Ścieżki samotności

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Szortal.

Patrząc na okładkę zastanawiałam się, czy historia w niej przedstawiona będzie równie subtelna, delikatna i romantyczna, jak pani na niej widniejąca. Gdy skończyłam czytać, miałam ochotę rzucić książkę w kąt i zapomnieć. Tak bardzo mnie poruszyła. Lecz czyż nie o to właśnie chodzi w literaturze? Czyż nie ma wzbudzać emocji, ciekawić, intrygować, albo chociażby zniesmaczyć - krótko mówiąc, zostawić po sobie jakikolwiek ślad w czytelniku? "Madonnie w futrze" to się udało.

Akcja książki rozgrywa się w okresie międzywojennym i dzieli się na dwie części. W pierwszej, stanowiącej niejako wprowadzenie do właściwej historii, narrator opowiada nam, jak poznał Raifa Efendiego - człowieka lekceważonego przez otoczenie, na pierwszy rzut oka pustego w środku, pozbawionego celu i nudnego urzędnika. Druga część ma swój początek w momencie, gdy narrator bierze do ręki i zaczyna czytać zeszyt, w którym Raif opisał siebie, swe odczucia i najważniejszy okres swojego życia, kiedy to w wieku 24 lat ojciec wysłał go do Berlina na naukę fachu. Właśnie tam, w czasie jednego ze spacerów, trafił do muzeum, w którym zachwyciła go Madonna w futrze - autoportret niemieckiej malarki Marii Puder. Wkrótce osobiście poznaje autorkę obrazu. Spotkanie to staje się początkiem związku wypełnionego przyjaźnią, miłością, strachem i bólem.

Ali z uwagą przygląda się człowiekowi, jego emocjom oraz miejscu w społeczeństwie. Jego wnioski nie są optymistyczne. Ludzie oceniają po pozorach, nie są zdolni do zrozumienia i prawdziwego poznania drugiej osoby, kochają wyobrażenia, które stworzą sobie o innych, a do tego są więźniami konwenansów i zależności społecznych. Nawet miłość nie jest wolna od trosk, niepewności i uwarunkowania społecznego.

"Madonna w futrze" to przede wszystkim jednak studium człowieka samotnego. Zarówno Raif, jak i Maria, czują bolesną, przeszywającą do głębi samotność, ale jej źródło, w przypadku każdego z nich, jest inne. Raif stroni od ludzi z dwóch powodów: po pierwsze, z niemożności wyrażenia uczuć rozgrywających się w jego wnętrzu, graniczącej z niechęcią do odkrycia swoich najwartościowszych cech charakteru. Po drugie, nie potrafił znaleźć nikogo, z kim poczułby jedność i prawdziwą więź. Z kolei samotność Marii wynika z trudnego życia i złych doświadczeń. W środowisku, w którym kobiety są uległymi, posłusznymi lalkami, a mężczyźni myśliwymi, wiecznie czegoś żądającymi i niewyobrażającymi sobie, że mogliby tego nie dostać - Maria czuje się niezrozumiana, rozczarowana i zraniona.

Język opowieści jest prosty, ale jednocześnie wiele w nim piękna i plastyczności. Co mnie zaskoczyło, to ilość wykrzykników - nie przypominam sobie, żebym wcześniej czytała powieść, której dialogi byłyby w nie tak bogato wyposażone - zdumiewające to i czasami irytujące. Niemniej jednak, autor z dużą przenikliwością odmalowuje ludzkie uczucia oraz międzywojenny świat. Historia tchnie realizmem oraz sięga do emocji czytelnika, odwołując się mocno do jego empatii. Może właśnie dlatego tak łatwo, jak mówi Raif, "odnajdywać w lekturze coś z siebie i ze swojego otoczenia, z tego, co kiedykolwiek się widziało i słyszało". A jaki jest finał tej opowieści? Czy w tym morzu pesymizmu znajdzie się miejsce na happy end? O tym musicie przekonać się już sami.


Tytuł: Madonna w futrze
Autor: Sabahattin Ali
Tłumaczenie: Piotr Beza
Wydawca: Rebis
Data wydania: wrzesień 2015
Liczba stron: 248
ISBN: 978-83-7818-714-1

wtorek, 3 października 2017

Samotność Anioła Zagłady. Adam - Robert J. Szmidt

Pustka samotności
Tekst opublikowany pierwotnie na portalu Szortal.

To nie jest nowość, a wydanie drugie poprawione. Pierwszy raz "Samotność Anioła Zagłady" ukazała się w roku 2009 nakładem wydawnictwa Fabryka Słów. Teraz powieść została wydana przez Dom Wydawniczy Rebis, który włączył ją do serii Horyzonty Zdarzeń. Niniejsze wydanie jest równocześnie zapowiedzią drugiego tomu: "Samotność Anioła Zagłady. Ewa", którego fragment można przeczytać na końcu książki.

Porucznik Adam Sawyer należy do Aniołów Zagłady - grupy żołnierzy sprawującej pieczę nad bronią masowej zagłady. Jak co dzień rozpoczyna swoją zmianę na stanowisku odpalania rakiet. Zapowiada się kolejny nudny dyżur, wypełniony regularnym sprawdzaniem stanu wyrzutni oraz łączności. Szybko jednak okazuje się, że to nie będzie typowa wachta. Nagle rozlega się wycie syren, a światła przybierają złowieszczą, czerwoną barwę. Może to oznaczać tylko jedno: trzeba odpalić pociski. W ciągu chwili dotychczasowy świat przestaje istnieć. Oczywiście w takich sytuacjach wojsko ma opracowane odpowiednie procedury. Jak chociażby program "Arka", który ma przyczynić się do odbudowy życia na Ziemi po konflikcie nuklearnym. Zgodnie z tym planem, Adam udaje się do podziemnych magazynów, aby tam zasnąć na najbliższe dziesięć lat. Budzi się jednak wcześniej, po zaledwie trzech latach. Jedyną szansą na przetrwanie jest podjęcie przez niego podróży do odległego centrum "Arki". Sawyer rozpoczyna samotną wędrówkę przez wyludnioną Amerykę.

Krajobraz przedstawiony przez autora nie nastraja optymistycznie. Trafiamy do świata pozbawionego życia, ponurego, niszczejącego, który - mimo nieobecności ludzi i zwierząt - nie jest wolny od niebezpieczeństw. Główny bohater niejednokrotnie musi wykazać się sprytem i umiejętnościami przetrwania. Jednak zagrożenia ze strony natury czy złośliwość przedmiotów martwych, nie są tak bardzo dokuczliwe jak samotność. A Adam jest całkiem sam. Wszyscy jego bliscy, przyjaciele i znajomi nie żyją. Nie ma do kogo otworzyć buzi, podyskutować, poradzić się, nie może liczyć na niczyją pomoc, nie mówiąc już o nawiązaniu jakiekolwiek bliskości. Za towarzystwo muszą mu wystarczyć jedynie jego własne myśli... oraz nieodzowny Jack Daniel's. Sytuacja zatem nie jest łatwa. Można się spodziewać, że z upływem czasu w głowie zacznie się mieszać, bo przecież, prędzej czy później, brak ludzi zacznie doskwierać nawet największemu samotnikowi. I Adam faktycznie przechodzi wewnętrzną przemianę - lecz powolną, stopniową, bez gwałtownych incydentów. Przez większą część czasu całkiem nieźle sobie radzi. Z pewnością spora w tym zasługa wiary w odnalezienie innych, w dotarcie do celu, nadziei na zakończenie udręki, ale także alkoholu, który wydaje się skutecznie go znieczulać na widoki spotykane na drodze i tłumić dręczące go demony. 

Czy książką warto się zainteresować? Według mnie tak. Na powieść Szmidta można spojrzeć z kilku stron, albowiem podróż Adama przez postapokaliptyczny kraj, jest równocześnie wędrówką po umyśle człowieka, który znalazł się w nietypowej i trudnej sytuacji. Należy jednak pamiętać, że jest to historia w dużej części statyczna. Jeśli zatem ktoś oczekuje nagłych zwrotów akcji, dynamizmu to lektura może go rozczarować. Jednak, jeśli biorąc do ręki książkę macie nadzieję, że dostarczy ona Wam czegoś więcej, zmusi do zastanowienia się, skłoni do chwili refleksji to powinniście być zadowoleni.


Tytuł: Samotność Anioła Zagłady. Adam
Autor: Robert J. Szmidt
Wydawca: Dom Wydawniczy Rebis
Data premiery: kwiecień 2015
Ilość stron: 296 (razem z fragmentem drugiego tomu)
Wydanie II poprawione
Seria: Horyzonty Zdarzeń
ISBN: 978-83-7818-758-5

Skarb Heretyków - Tom Knox

Geneza wierzeń

Tekst opublikowany pierwotnie na portalu Szortal.


Odkrywanie zagadek przeszłości, drogocennych skarbów, odważne stawianie czoła niebezpieczeństwu. Od razu na myśl przychodzi mi Indiana Jones, dlatego zawsze z sentymentem sięgam po książki, w których nie brakuje tego typu przygód. Tym razem miałam okazję zapoznać się z książką Toma Knoxa, który zabiera czytelników w podróż po starożytnym Egipcie.

Victora Sassoona do Kairu sprowadziła informacja o odkryciu zbioru bezcennych tekstów, spisanych między innymi w języku starokoptyjskim, którego jest on jednym z nielicznych znawców. Zawartość zabytkowych papirusów może całkowicie zmienić postrzeganie religii, dlatego są ludzie, którzy za wszelką cenę nie chcą dopuścić do jej ujawnienia. Kiedy w jednej z egipskich jaskiń odnalezione zostaje ciało Sassoona, jego dawny uczeń - egiptolog Ryan Harper - postanawia wyjaśnić sprawę jego śmierci. Wraz z Helen Fassbinder, niemiecką dokumentalistką, oraz Albertem Hanną, ekspertem w dziedzinie historii koptyjskiej, Harper rozpoczyna wyścig z czasem próbując odkryć tajemnicę starożytnych dokumentów. Równolegle, w Kornwalii dokonano rytualnego spalenia dziesiątków kotów, a jest to dopiero początek makabrycznych wydarzeń. Zajmująca się sprawą detektyw inspektor Karen Trevithick wkracza w niebezpieczny świat mrocznych obrządków.

"Skarb Heretyków" to mieszanka kryminału, sensacji i przygody. Czerpie również inspiracje z autentycznych źródeł naukowych, co z kolei przydaje powieści wiarygodności. A trzeba przyznać, że Knox bardzo dobrze przygotował się do jej napisania. Przeczytał wiele książek, zdobył odpowiednią wiedzę, odwiedził środkowy Egipt. Wykorzystał fakty historyczne, odkrycia archeologiczne, sięgnął po okultyzm, mitologię egipską, poruszył ciekawe zagadnienia z zakresu parazytologii i zgrabnie dopasował to wszystko do swojej opowieści. Jeśli zatem ktoś interesuje się tymi tematami, z tym większą przyjemnością będzie, wraz z bohaterami, wędrował uliczkami starożytnego Egiptu, stopniowo odkrywał elementy zagadki i próbował połączyć je w całość.

Powieść potrafi zainteresować nie tylko dlatego, że porusza ciekawe zagadnienia. Duże znaczenie ma tutaj również sugestywny język, dzięki czemu historia nabiera barw i zapachów. Łatwo zatem wyobrazić sobie smród, brud i biedę Mukattamu, duszne powietrze w nekropolii kotów, czy poczuć chłód i mżawkę na skalistych klifach Kornwalii. Tak samo dreszcze przechodzą człowieka na myśl o wyciu dziesiątków palonych żywcem kotów, bo ta plastyczność nie dotyczy jedynie krajobrazów. Równie mocno potrafią oddziaływać zachodzące w książce wydarzenia, czy emocje towarzyszące bohaterom.

Lektura "Skarbu Heretyków" zapewnia wartką akcję, starożytne tajemnice, morderstwa, mroczne rytuały, niebezpieczeństwo. Autor sprawnie radzi sobie z prowadzeniem fabuły, potrafi tworzyć malownicze i ekspresywne obrazy, co z kolei pozwala czytelnikowi łatwo wejść w stworzony przez niego świat. Niestety, kiedy historia zbliżała się ku finałowi, a wątki zaczynały się scalać, powoli narastało we mnie uczucie rozczarowania. Wyjaśnienie tajemnicy okazało się mocno naciągane, jakby miało ono wywołać u czytelników jak najwięcej kontrowersji i sprzecznych uczuć (co, z drugiej strony, może być również pewną zaletą). Możliwe też, iż mój niedosyt wynikał z faktu, że czytając przez tyle stron o tajemnicach, wierzeniach, zagadkowych obrządkach, spodziewałam się zakończenia owianego większą dozą mistycyzmu. Ogólnie jednak, jest to powieść interesująca i dobrze napisana. Przez większą część książka potrafi wciągnąć, zapewnić rozrywkę oraz pozwala na ciekawą wyprawę po egzotycznym kraju i jego zabytkach.


Tytuł: Skarb Heretyków
Tytuł oryginału: The Deceit
Autor: Tom Knox
Tłumaczenie: Maciej Szymański
Wydawca: Dom Wydawniczy Rebis
Data premiery: 02.06.2015
Ilość stron: 376
ISBN: 978-83-7818-689-2