Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 stycznia 2023

Psie pazury - Thomas Savage

Samotność na Dzikim Zachodzie

Jakiś czas temu obejrzałam na Netflixie "Psie pazury" z 2021 roku, które okazały się być ekranizacją powieści zupełnie mi nieznanego Thomasa Savage'a. Film jest świetny pod względem aktorskim i wizualnym, a sama historia zapada w pamięć. Teraz miałam okazję przeczytać książkę. Muszę przyznać, że film dosyć wiernie trzyma się pierwowzoru literackiego, ale oczywiście nie pokazuje wszystkiego. Powieść zawiera w sobie o wiele więcej treści, wątków i na niektóre sprawy pozwala spojrzeć z innej strony.

Bracia Phil i George prowadzą wspólnie ranczo. Phil jest wysoki, szczupły, elokwentny, oczytany, uzdolniony, a jednocześnie złośliwy, bez skrupułów mówi każdemu prosto w oczy, co o nim myśli, przyjemność sprawia mu wkurzanie ludzi, nawet bratu lubi grać na nerwach. George jest jego przeciwieństwem - niski, krępy, łagodny, przyzwoity, nie ciągnie go do książek, nie ma rzeczy, które wzbudzałyby w nim większy entuzjazm. Mimo tych przeciwieństw zawsze są razem. Wspólnie podejmują decyzje, jeżdżą razem przy zaganianiu bydła i nadal sypiają w tym samym pokoju, który dzielili jako chłopcy. Wszystko się zmienia, gdy George decyduje się w końcu zmienić coś w swoim życiu. Pewnego dnia sprowadza do domu Rose, swoją świeżo poślubioną żonę. Po jakimś czasie dołącza do nich też syn kobiety, Peter.

Powieść reklamowana jest jako westernowy klasyk. Gatunek ten kojarzy mi się z wartką akcją, pojedynkami o wschodzie słońca, bójkami, pościgami na koniach. "Psie pazury" zupełnie nie pasują do tego schematu. W książce zdecydowanie czuć klimat tamtego okresu, surowość przyrody, wielkie przestrzenie. Jest też wątek Indian zamkniętych w rezerwacie przez białego człowieka. Jednak nie ma tu dynamicznej akcji czy strzelania. To przede wszystkim świetna opowieść psychologiczna, z realistycznymi postaciami, mroczna i gęsta od emocji.

Autor wiele miejsca poświęca swoim bohaterom. Nakreśla ich osobowość, myśli, przybliża przeszłość, relacje z innymi. Nie mówi wszystkiego wprost, pozostawia miejsce na domysły, niedopowiedzenia, własną interpretację faktów. Na pierwszy plan wysuwa się Phil, który uważa się za lepszego od innych. Za prawdziwego twardziela, mężczyznę z krwi i kości, który myje się raz w miesiącu w rzece, nie nosi rękawic do prac na ranczu, mówi co myśli, nie znosi słabości, gardzi delikatnymi mężczyznami, potrafi zgotować piekło innym, jeśli coś nie układa się zgodnie z jego wolą. Z drugiej strony pojawia się w nim czasem nutka sentymentu, kiedy wspomina o Bronco Henrym, swoim idolu z młodzieńczych lat.

Skąd w Philu tyle gniewu i bezwzględności wobec innych? Można odnieść wrażenie, że jego sposób bycia jest swego rodzaju zbroją, która ma go chronić przed światem, ale przede wszystkim przed samym sobą, przed skrywanymi głęboko skłonnościami homoseksualnymi, przed poczuciem samotności. Można powiedzieć, że jest w nim strach, do którego nie chce się przyznać sam przed sobą. Zupełnie inną postawę prezentuje Peter, syn Rose. Jest delikatny, zniewieściały, niby bezbronny, a jednocześnie czuć w nim jakąś siłę, obojętność wobec przytyków i wyśmiewań, ale też pewien chłód. Sprawia wrażenie, jakby opinia innych na jego temat zupełnie go nie obchodziła. Jest matka, na której mu zależy, a inni się nie liczą. 

Peter jest w tym świecie kowbojów wyobcowany, ale czy mu to przeszkadza? Czy czuje się samotny? Nie powiedziałabym. Prawdę mówiąc jego postać wzbudza jakiś niepokój, nawet we własnej matce. W każdym razie temat samotności jest w powieści mocno zaznaczony. Także Rose jest sama. Nie ma wsparcia ze strony męża, który zupełnie nie dostrzega (albo może raczej nie chce widzieć), jaka czuje się odosobniona i jak bardzo przeraża ją Phil. George sam nie radzi sobie z bratem, woli żyć w swojej wyobrażonej wizji szczęśliwego małżeństwa. Ale w tym domu nikt nie jest szczęśliwy.

"Psie pazury" naprawdę warto przeczytać. Autor pokazuje ludzi, ich słabości, lęki, samotność - to temat, który nigdy się nie starzeje. Świat pędzi do przodu, ale my wciąż jesteśmy tacy sami. Nadal rządzą nami emocje i pragnienia. Powieść wciąga, choć nie ma tu galopującej akcji. Za to wraz z jej upływem czuć rosnące napięcia między postaciami, które muszą doprowadzić do dramatycznego końca. Thomas Savage wspaniale oddał klimat Dzikiego Zachodu i sportretował ludzkie relacje.


Tytuł: Psie pazury
Tytuł oryginału: The power of the dog
Autor: Thomas Savage
Tłumaczenie: Magdalena Koziej
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2021
Liczba stron: 333
ISBN: 978-83-8234-324-3

niedziela, 4 lutego 2018

Modlitwa za Owena - John Irving

Siła wiary


Tekst opublikowany pierwotnie na portalu Szortal.

Kolejna książka Johna Irvinga za mną. Jak w każdej jego powieści, tak i w tej znalazłam coś, co mnie zaciekawiło i skłoniło do zastanowienia. Ale czy mogę ją włączyć do grona moich ulubionych? Odpowiedź znajdziecie niżej, ale wcześniej chciałam jeszcze zwrócić uwagę na okładkę. Ładna, prawda? Z jednej strony minimalistyczna, a z drugiej – bardzo wiele mówiąca. Ten jeden przedmiot doskonale wyraża całe mnóstwo emocji i zmian, które zaszły w życiu bohaterów opowieści. Oczywiście, jego symbolika stanie się jasna dopiero po przeczytaniu książki.

John Wheelwright wychował się w niewielkim miasteczku Gravesend w stanie New Hampshire. W wieku jedenastu lat stracił matkę. Do tego czasu nigdy nie zdradziła mu, kim jest jego prawdziwy ojciec. Po jej śmierci opiekowała się nim babcia i Dan, który stał się dla Johna ojcem i przyjacielem. Skończył szkołę, zrobił dyplom z literatury angielskiej, udało mu się uniknąć wysłania do Wietnamu, w końcu wyemigrował do Kanady, gdzie został nauczycielem w żeńskiej szkole. Nie wygląda na to, żeby jego życie było wyjątkowo zajmujące, prawda? Cóż, może i tak, ale tak naprawdę to nie jest książka o nim. John jest jedynie narratorem, opowiadającym historię dzieciństwa własnego i swojego najlepszego przyjaciela - Owena Meany. To właśnie za sprawą Owena opowieść wzbogaca się o barwy, zaskoczenie i nietypowe sytuacje. On jest tutaj centralną postacią i to o nim jest ta powieść.

Irving potrafi tworzyć wyrazistych bohaterów. Każda postać ma charakterystyczne cechy, które ją wyróżniają i identyfikują. Można to powiedzieć nawet o narratorze, który wydaje się być wyjątkowo nieciekawą postacią (w sumie, nijakość przecież też może być rozpoznawczą cechą). Mimo tego, wszystkie osoby pojawiające się w powieści, na czele z Johnem, nikną przy Owenie. Trudno więc nie oprzeć się wrażeniu, że jest to książka jednego bohatera, ale naprawdę wyjątkowego. Przy malutkim wzroście, swoistym głosie, dziecinnym wyglądzie potrafił z niezwykłą mocą oddziaływać na otaczających go ludzi. Jego charyzma wynikała z pewności siebie, bezkompromisowości, inteligencji i ogromnej wiary. Bez obaw wyrażał swoje poglądy, również i te wzbudzające kontrowersje. Dokładnie wiedział, czego chce i jak potoczy się jego życie. Można było odnieść wrażenie, że przyszłość nie kryje przed nim żadnych tajemnic.

Owen miał bardzo dużą wiarę. Nie tylko w siebie, swoje przeznaczenie, ale i w Boga. To jest też jeden z tematów przewodnich powieści - wiara, i to nie tylko w kontekście religii. W końcu wierzyć można nie tylko w Boga, Energię, Wisznu czy inne bóstwa, ale również w przepowiednie, czy ogólnie - słowa innych ludzi. Od najmłodszych lat rodzice, nasze najbliższe otoczenie i sytuacje, których doświadczamy kształtują naszą osobowość. Dzięki nim mamy taki, a nie inny światopogląd, albo, na przykład, mniejszą lub większą wiarę we własne możliwości. Oczywiście, w dorosłym życiu weryfikujemy spojrzenie przekazane nam przez rodziców (a przynajmniej mamy taką możliwość), ale nie zmienia to faktu, że ich wpływ na nasze postrzeganie siebie i świata jest ogromny. Czy zatem Owen nie jest przypadkiem tworem swoich rodziców? A jego wiara, niczym samospełniająca się przepowiednia, wiedzie go do konkretnego finału? Czy jednak faktycznie potrafił podejrzeć przyszłość? A może, po prostu, na podstawie wnikliwych obserwacji potrafił przewidzieć przebieg przyszłych wydarzeń?

W książce poruszane są przede wszystkim dwa zagadnienia - religia i polityka. Jak to bywa u Irvinga, nie zawsze mają one pozytywny wydźwięk. Autor wydaje się krytykować nadmiar rytuałów, uwielbienie dla przedmiotów, nabożeństwa przeznaczone dla masowego odbiorcy. To wszystko sprawia, że tak naprawdę nie mamy możliwości na bezpośrednie nawiązanie relacji z Bogiem. Bohaterowie z równym zapałem rozprawiają o katolikach czy adwentystach, jak i komentują sytuację polityczną. Wyrażają swoje nadzieje względem Johna Kennedy’ego, innym razem krytykują politykę zagraniczną i wojnę wietnamską. Rozprawiają o dezerterach, hipisach czy organizacjach pokojowych. Może nie wszystkich zainteresują te zagadnienia, ale z pewnością dzięki nim można bardzo dobrze wczuć się w atmosferę tamtych lat.

Muszę przyznać, że najbardziej wciągająca była dla mnie początkowa i końcowa część książki. Bardzo lubię gawędziarski styl Irvinga, jednak w przypadku tej powieści, jej środek wydał mi się nieco rozmyty i nadmiernie przegadany. Niespecjalnie interesujące wydały mi się rozważania dorosłego Johna na tematy polityczne. Zabrakło też większej dawki emocji i charakterystycznego humoru. Nie mogę jednak powiedzieć, że czuję się rozczarowana po przeczytaniu "Modlitwy za Owena”, bo zdecydowanie tak nie było. Przyjemnie było znów spotkać się z Irvingiem, wejść w jego świat, a przede wszystkim poznać fascynującego Owena - niepozorną, ale jakże silną i przekonywującą osobę. Niemniej jednak, jak na razie, moimi ulubionymi powieściami tego autora, pozostają: "Hotel New Hampshire" oraz "Regulamin tłoczni win".


Tytuł: Modlitwa za Owena
Autor: John Irving
Tłumacz: Magdalena Iwińska i Piotr Paszkiewicz
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: maj 2016
Liczba stron: 744
ISBN: 978-83-8069-348-7

piątek, 29 grudnia 2017

Hotel New Hampshire - John Irving

Hotelowe perypetie

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Szortal.

W moje ręce trafiła kolejna książka Johna Irvinga, którego prozę zdążyłam już bardzo polubić. Nie przeszkadza mi powtarzalność, używanie tych samych rekwizytów. Zawsze znajduję w niej coś, co w danej chwili do mnie przemawia, skłania do zamyślenia, czy trafia w jakąś wrażliwą nutę. Tym razem autor zabiera nas do hotelu i możecie być pewni, że będzie nietypowo i emocjonalnie.

"Hotel New Hampshire" to opowieść o losach rodziny Berrych. Rozpoczyna się ona od historii romansu rodziców. Win Berry i Mary Bates poznali się w wieku dziewiętnastu lat, kiedy to latem trzydziestego dziewiątego roku zostali pracownikami sezonowymi w pensjonacie Aburthnot-Na-Przymorzu. To tam się pokochali i zdecydowali rozpocząć wspólną podróż przez życie. A potem? Potem, jak zwykle, raz było pod górę, raz z górki. Stopniowo na świat przychodziły dzieci: Frank, Franny, John (narrator), Lilly i Jajo. W ich wychowaniu aktywny udział brał dziadek, trener Bob. Swoją rolę odegrały też zwierzęta domowe: niedźwiedź Stan Maine vel Żarł oraz pierdzący, ale kochający labrador Smutek, którego imię niejednokrotnie nabiera symbolicznego znaczenia, wkradając się, w najmniej oczekiwanych momentach, w życie familii. Członkowie klanu Berrych wplątują się w zwariowane sytuacje, dotykają ich dramaty, ale nie brakuje też chwil radosnych. Na swojej drodze spotykają przeróżnych ludzi: sportowców, skrzywdzone kobiety, prostytutki, radykałów, którzy w mniejszym lub większym stopniu wpływają na ich dalsze dzieje.

Jak to zwykle bywa w książkach Irvinga, tak i tutaj nie brakuje barwnych postaci, jak chociażby Win żyjący w czasie przyszłym, którego wizje stworzenia wspaniałego hotelu nadają kierunek życiu całej rodziny. Mary niezmiennie lojalna mężowi, cierpliwie porządkująca rzeczywistość wywróconą przez niego do góry nogami. Frank, homoseksualista, rodzinny ekonomista i wyznawca sekty totalnej odmowy. Franny najbardziej hałaśliwa, przebojowa, ale i najsilniejsza wewnętrznie z całej rodziny, odważnie biorąca odpowiedzialność za swoje czyny. John podnoszący sztangi, by nie poczuć się nigdy więcej bezradnym. Malutka i skryta Lilly, usilnie próbująca "rosnąć". Susie o niedźwiedziej duszy, czy Freud drugi, wiedeński Żyd, idealista i pierwszy właściciel Stana Maine.

Postacie powieści mogą wydawać się niektórym zbyt ekscentryczne, dziwaczne, wydarzenia zanadto zwariowane i całkowicie nierealne, a całość nadmiernie przesycona erotyzmem. I co z tego, jak powiedziałby trener Bob. Takie są właśnie cechy charakterystyczne Irvinga, dzięki którym potrafi stworzyć wspaniałą opowieść. Jego pisarstwo jest niezwykle obrazowe, pełne wrażeń, emocji i barw. Niczym prawdziwy gawędziarz wciąga czytelnika w stworzony przez siebie świat. Umiejętnie żonglując przesadą, absurdem, humorem i ironią przekazuje prawdy, być może oczywiste, ale do których nie zawsze łatwo się zastosować, a czasem w ogóle są nieuświadamiane. Łatwo oceniamy innych, przyklejając im przeróżne etykietki, np. cudak, odludek, zboczony homo, zapominając, że każdy z nas ma swoje własne, mniejsze czy większe, dziwactwa. Różnimy się, ale jednocześnie jesteśmy tacy sami. Wszyscy poszukujemy w życiu szczęścia, miłości, bliskości, nikogo nie omijają problemy i, tak jak widać w "Hotelu...", zawsze kiedyś przychodzi czas, gdy musimy poradzić sobie ze stratą, z bolesnymi doświadczeniami, dogadać się ze sobą i światem, czy zrozumieć targające nami uczucia. Nie raz, i nie dwa, możemy się przekonać, że prawdziwe życie potrafi być nieprzewidywalne i bardziej zaskakujące, niż to opisane w książkach.

W tle perypetii rodzinnych zobaczyć można małomiasteczkową, amerykańską społeczność oraz Wiedeń lat pięćdziesiątych. Tu i tam przemykają uwagi o antysemityzmie, drugiej wojnie światowej, radykałach chcących zmieniać świat, w ich mniemaniu na lepsze, bez względu na koszty, albo o literaturze. Jednak głównym tematem przewijającym się przez całą powieść jest gwałt. Zarówno, jeśli chodzi o podejście otoczenia do tego wydarzenia, jak i reakcję samych pokrzywdzonych. Wszystko zależy od osobowości kobiety, jej stosunku do życia i od bliskich osób. Wagę tych ostatnich autor często podkreśla. Nie tylko jako pomoc w poradzeniu sobie z trudnym przeżyciem, ale tak ogólnie. Dla bliskich jesteśmy normalni, nawet jeśli na zewnątrz inni mówią o nas inaczej. To oni pozwalają nam utrzymać się na powierzchni w tym zwariowanym świecie, wiernie przy nas trwają, akceptują oraz dzielą nasze smutki i radości.

Pewnie już domyślacie się, że powieść wywołuje w człowieku cały wachlarz emocji. Raz wzbudza uśmiech, by za chwilę zasmucić, albo zezłościć. "Hotel..". to przykład literatury, która nie pozostawia czytelnika obojętnym, a dzięki temu na dłużej zapada w pamięci. Mnie zostawiła z pozytywnymi odczuciami, może dlatego, że los nie oszczędzał rodziny Berrych, a mimo to, za każdym razem, udawało im się wstać i iść do przodu. Z pewnością zawdzięczają to trenerowi Bobowi i jego radosnemu fatalizmowi, zgodnie z którym nieszczęścia, nieuchronność niektórych rzeczy wcale nie musi odbierać życiu radości, marzeń, zapału i energii. Bo czemuż przejmować się czymś, czego nie można zmienić? Tak już jest i koniec. Myślę, że to całkiem dobre podejście do życia i mogę się z nim utożsamiać. A przynajmniej częściowo. Ta rodzinna maksyma osadza się na wierze, że szczęśliwe zakończenia nigdy się nie zdarzają. Ja wolę wierzyć, że jednak czasem się pojawiają. Może tę moją postawę cechuje naiwność, albo nadmierny optymizm. A może nie. Nieważne. Jest po prostu moja. Wydaje mi się, że podobne przesłanie wyłania się z tej książki - by radzić sobie z życiem na swój własny sposób, nie zważając na to, co mówią inni, być sobą oraz mieć nadzieję, że zawsze będzie przy nas bliska osoba, ktoś, kto nas zrozumie. Na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć nam wszystkim, byśmy mijali zdrowi otwarte okna.


Tytuł: Hotel New Hampshire
Autor: John Irving
Tłumacz: Michał Kłobukowski
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: marzec 2016
Liczba stron: 560
ISBN: 978-83-8069-273-2

Hotel Marigold - Deborah Moggach

Czas na zmiany

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Szortal.

Oglądaliście film, który powstał na podstawie powieści Moggach? Ja tak i podobał mi się. Można było w nim zobaczyć historię grupki starszych ludzi, o odmiennych osobowościach i dźwigających różny bagaż doświadczeń życiowych, którzy znaleźli się daleko od swoich rodzinnych domów. Film niósł ze sobą pozytywne przesłanie, pokazywał, że nigdy nie jest za późno, żeby zmienić coś w swoim życiu: przynieść ulgę sumieniu, ponownie się zakochać, zacząć samemu podejmować decyzje, czy nauczyć się czerpać radość z każdej chwili. Biorąc do ręki książkę znów przed oczami pojawili się aktorzy grający w filmie: Judi Dench (tak, okładka pomogła), Maggie Smith, Bill Nighy czy Dev Patel, który wcielił się w Sonniego, właściciela hotelu, który tak uroczo tryskał zapałem i optymizmem. Natomiast kiedy zaczęłam ją czytać, szybko przekonałam się, że ekranizacja stanowi jedynie luźną interpretację powieści. Są to właściwie dwa różne dzieła, które łączy miejsce akcji, imiona bohaterów oraz, powiedzmy, ogólny przekaz.

Wszystko zaczęło się od Raviego Kappora, który nie znosił swojego teścia. Od kiedy Norman został wyrzucony z kolejnego domu spokojnej starości i zamieszkał razem ze swoją córką, Pauline, nerwy Raviego wciąż były rozpalone do czerwoności. Ze swoich żalów zwierzył się Sonniemu, kuzynowi, który do Anglii przyleciał w interesach. Sonny miał prawdziwą żyłkę do biznesu i potrafił wyczuć doskonałą okazję do zarobku. To właśnie on wpadł na pomysł urządzenia domu spokojnej starości w dalekich Indiach, dzięki czemu Ravi mógł pozbyć się swojego dokuczliwego teścia. Machina organizacyjna ruszyła i po jakimś czasie Hotel Marigold zapełnił się angielskimi emerytami.

Na kartkach powieści spotyka się wiele postaci. Uogólniając, można je podzielić na dwie grupy: osoby w wieku +/- pięćdziesiąt, oraz emeryci po siedemdziesiątce. Niektóre z nich możemy mniej lub bardziej poznać, usłyszeć ich myśli, inne pojawiają się na chwilę i szybko znikają, ale wszystkie wykreowane są realistyczne, na to narzekać nie można. Niestety, nie ma większej szansy, żeby bardziej zżyć się z którąś z nich, czy lepiej zrozumieć jej postępowanie. Autorka przeskakuje od jednej do drugiej, albo wprowadza kogoś nowego. Jest ich zwyczajnie za dużo, tu nawet statysta ma swoje pięć minut. A przecież naprawdę nie ma żadnego znaczenia dla fabuły informacja, że jeden z takich statystów rozmyśla o tym, że znudził go obecny chłopak, albo że inna statystka "pożera" w myślach każdego napotkanego mężczyznę, bo pobyt w Indiach tak rozpalił jej żądze, że chodzi wiecznie napalona. Z tego też względu trudno powiedzieć, że czyta się opowieść tylko o emerytach i rozterkach starości. Jest to raczej historia o ludziach, a dokładniej nieszczęśliwych ludziach, których, niezależnie od wieku, dręczą różne problemy. Czują się źle w małżeństwie, bo nagle druga osoba staje się kimś obcym, wkrada się nuda, rutyna, brak zrozumienia, albo uświadamiają sobie, że życie z tą drugą połówką to była jedna wielka pomyłka. Dzieci nie dogadują się z rodzicami. Rodzicom łatwiej przychodzi rozmowa i okazywanie czułości osobom obcym osobom niż własnym dzieciom; z drugiej zaś strony są matki, których jedynym celem życia są właśnie dzieci. Inni cierpią na samotność, brak czułości, poczucie zagubienia w życiu, nieważności. Jeszcze inni, zmagają się z chorobami i ograniczeniami ciała, czy też próbują na wszelkie sposoby udowodnić, że wciąż są atrakcyjni dla płci przeciwnej i potrafią wykazać się w łóżku.

W tle historii pojawiają się też Indie - biedne, głośne, zatłoczone, brudne, z kalekami leżącymi na każdym rogu ulicy, produkujące same tandety (np. samoprzylepne karteczki, które się nie kleją), przyprawiające każdego turystę o biegunkę, ale równocześnie dbające, w przeciwieństwie do Brytyjczyków, o starych ludzi. Obcokrajowców przyciągają do nich piękne zachody słońca i mistyka. Pełno tam mędrców, którzy chętnie pomagają zwykłym śmiertelnikom wznieść się na wyżyny oświecenia duchowego. Ten wymiar religijny autorka podkreśliła umieszczając na początku każdego rozdziału cytaty hinduskich poetów, nauczycieli duchowych, Buddy czy fragmenty mantr, choć można odnieść wrażenie, że stosunek autorki do hinduizmu bywa momentami nieco prześmiewczy.

Książka jest nierówna, składa się z dobrych oraz kiepskich, naciąganych i zupełnie niepotrzebnych scen. Jak wspomniałam na początku, książka i film stanowią dwa odrębne dzieła, ale nie mogę się powstrzymać przed ich porównaniem. Zaletą filmu jest ograniczenie do konkretnej grupy starszych bohaterów, dzięki czemu lepiej można ich poznać, zaobserwować jak zmieniali się i rozpoczynali nowe życie. W książce tego zabrakło, panuje w niej zbytnie rozproszenie i nadmiernie rozdrabnianie na nic nieznaczące szczegóły. Niemniej jednak, przesłanie wydaje się jasne - na każdym etapie życia podejmujemy decyzje, które wpływają potem na nasz dalszy los, i zawsze jest czas, by zmienić coś na lepsze. Zatem, celebrujmy zmiany.


Tytuł: Hotel Marigold
Autor: Deborah Moggach
Tłumacz: Magdalena Hermanowska
Wydawca: Rebis
Data wydania: 02.02.2016
Liczba stron: 384
ISBN: 978-83-7818-834-6

wtorek, 19 grudnia 2017

Aleja Tajemnic - John Irving

Żyjąc przeszłością

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Szortal.

Aleja Tajemnic, La Calzada de los Misterios, to szeroka, meksykańska ulica prowadząca do Bazyliki Matki Bożej z Guadalupe. To również tytuł najnowszej powieści Johna Irvinga, w której Meksyk i religijność zajmują ważne miejsce, choć nie tak istotne, jak wspomnienia.

Juan Diego jest pisarzem i kaleką. Już od ponad pół wieku chodzi po świecie. Zawsze powtarza, że czas ten podzielony jest na dwa oddzielne życia. Pierwsze, to okres jego dzieciństwa i wczesnego dorastania, które spędził w Meksyku, jako tak zwane dziecko wysypiska (un niño de la basura). Drugie życie rozpoczął po dotarciu do Stanów Zjednoczonych. Po wielu latach, spędzonych w nowej ojczyźnie, Diego wyrusza w podróż na Filipiny, aby zrealizować obietnicę, którą złożył w dzieciństwie amerykańskiemu dekownikowi. Szybko okazuje się, że będzie to wyjątkowo wyprawa, nie tylko ze względu na osoby, które spotka na swej drodze, ale przede wszystkim dlatego, że będzie to również podróż w czasie, do lat spędzonych w Meksyku.

Jaka była pierwsza myśl, która nasunęła mi się jeszcze w trakcie lektury? Otóż, że jest to powieść o trwaniu w przeszłości. W sercu Juana Diego wyjątkowe miejsce zajmuje jego dzieciństwo. Był to okres, który ukształtował jego światopogląd, a sytuacje, w jakich się znalazł i osoby, które wówczas znał i poznał, wywarły ogromny wpływ na jego późniejsze życie. Bohater wciąż na nowo przeżywa minione chwile, nadal wywołują one emocje spychając chwilę obecną na dalszy plan. Odzwierciedla się to w jego wspomnieniach i snach o dawnym życiu - są o wiele barwniejsze, wyraźniejsze i bardziej namacalne niż jego teraźniejszość. Zupełnie tak, jakby przeszłość domagała się od Juana Diego uporządkowania, zrozumienia i pogodzenia.

Odniosłam wrażenie, że również dla autora ta książka jest swego rodzaju podróżą w przeszłość. Niejednokrotnie są wyraźne nawiązania do jego wcześniejszych powieści, ponownie znaleźć można znane dla niego motywy. Irving bez skrępowania pisze o seksie, homoseksualizmie, transwestytach, prostytutkach, aborcji. Bohaterowie wyrażają rzeczowe, dla niektórych być może kontrowersyjne, opinie na temat religii i kościoła. Najważniejsze znaczenie ma jednak sam człowiek, jego emocje i więzi międzyludzkie. To właśnie bliskość z innymi nadaje sens życiu. Dzięki niej możemy poczuć się kochani, zrozumiani, akceptowani. Brak bliskiej osoby prowadzi do samotności, która tak doskwierała Juanowi Diego w jego dojrzałej egzystencji.

Można powiedzieć, że kiedy wspominamy dawne czasy znajdujemy się jakby w innym wymiarze. Otaczający świat przestaje się liczyć, czas gdzieś znika, a nas zalewają obrazy przeszłości, równie realne jak wtedy, gdy pierwszy raz je doświadczaliśmy. Właśnie taki nastrój oderwania, nierealności i niesamowitości panuje w powieści. Przeszłość nieustannie i płynnie przeplata się z teraźniejszością. Nieraz sam bohater gubi się w odbiorze rzeczywistości i nie wie, czy to dlatego, że zalała go akurat fala wspomnień, czy po prostu zasnął gdzieś w drodze. Obecne są posągi łypiące złym spojrzeniem, czy też rozważania nad przeznaczeniem, nieuchronnością ścieżek losu. Bohaterzy poszukują cudów, które dałyby nadzieję i zmieniły życie. W ten trend wpisuje się również postać rok młodszej siostry Juana Diego, będąca równocześnie najciekawszą i najbardziej intrygującą osobą tej powieści. Lupe jest młodziutką dziewczynką, posługującą się językiem, który rozumie tylko jej brat, czytającą w myślach, bezbłędnie odkrywającą przeszłość innych. Jest również głęboko przekonana, że zna przyszłość, przynajmniej swoją i brata, która to wiedza, z kolei, determinuje jej działania.  

Czytając "Aleję Tajemnic" ma się wrażenie spotkania ze starym, dobrym przyjacielem, po którym wiadomo, czego się spodziewać. Irving może nie zaskakuje, ponieważ wciąż porusza te same tematy, ale równocześnie potrafi o tym samym opowiadać w nowy, atrakcyjny sposób. Zatem spotkanie na pewno można zaliczyć do udanych. Jak zawsze, autor korzysta z ironii i komizmu, choć sama historia nasycona jest melancholią, fatalizmem, refleksją oraz atmosferą przemijania. Natomiast sposób w jaki prowadzi fabułę, plastyczność opisów, interesujące i barwne postacie, język sprawiają, że powieść niezmiennie wciąga w swój świat i skłania do chwili zadumy. Można się zastanawiać, czy trwanie w przeszłości jest dobre, albo mówić, że lepiej patrzeć do przodu niż wiecznie oglądać się za siebie. To jednak nie zmieni faktu, że minione wydarzenia wpłynęły na nas i zdecydowały o tym, jacy jesteśmy teraz.


Tytuł: Aleja Tajemnic
Autor: John Irving
Tłumacz: Magdalena Moltzan - Małkowska
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: styczeń 2016
Liczba stron: 512
ISBN: 978-83-8069-228-2

wtorek, 3 października 2017

Regulamin tłoczni win - John Irving

Ilu ludzi, tyle regulaminów

Tekst opublikowany pierwotnie na portalu Szortal.


John Irving potrafi wspaniale opowiadać historie o ludziach i problemach ich dręczących. Jest prawdziwym gawędziarzem. Każde jego dygresje, skręcanie w bok, okazują się mieć swój sens i właściwe miejsce. Autor ujął mnie swoją bezpośredniością, humorem, ironią, odwagą w poruszaniu trudnych tematów, tworzeniem postaci pełnych życia i autentyzmu. Nie czytałam wszystkich jego powieści. Jeszcze nie. Natomiast z tych dotychczas przeczytanych, "Regulamin tłoczni win" jest moją ulubioną.

Doktor Wilbur Larch, specjalista położnik, wraz z pielęgniarkami, Angelą i Edną, oraz panią Grogan, prowadzi sierociniec w miejscowości St. Cloud's w stanie Maine. Nie jest to typowy dom dla sierot. Pomoc w nim znajdują również kobiety, które chcą urodzić i zostawić niechciane dzieci, albo poddać się zabiegowi przerwania ciąży.
Pewnego dnia roku 192- przychodzi na świat dziecko, któremu siostra Angela nadaje imię Homer Wells. Chłopiec nie ma szczęścia do rodzin zastępczych. Ciągle wraca do sierocińca, o dziwo z radością, uważając go za prawdziwy dom. W końcu doktor Larch pozwala mu na dobre zostać w ośrodku i rozpoczyna jego edukację medyczną, mając nadzieję, że w przyszłości przejmie po nim pałeczkę. Wszystko zmienia się, kiedy do sierocińca przyjeżdża dwójka młodych ludzi.

"Regulamin tłoczni win" nie jest jedynie opowieścią o życiu Homera. Zawiera ona w sobie o wiele więcej treści. Jednym z głównych tematów poruszanych w książce jest aborcja - zagadnienie od lat niezmiennie wzbudzające kontrowersje i wiele emocji. Autor nie szczędzi czytelnikom medycznych aspektów tego procesu, ale przede wszystkim skupia się na ludziach. Wysuwa argumenty przeciwników i zwolenników, próbuje skłonić czytelnika do postawienia się w sytuacji kobiety, jak i lekarza, a wszystko to subtelnie wplecione jest w opowiadaną historię.

Kolejnym ważnym tematem są sieroty, ceniące rutynę, marzące o bliskości i rodzinie, cierpiące na różne odmiany nieszczęścia, nawet jeśli w sierocińcu opiekunowie starają się dać im jak najwięcej ciepła, poczucia bezpieczeństwa i nadziei na lepszą przyszłość. Jest to również powieść o miłości, poszukiwaniu swego przeznaczenia, uzależnieniu, nie tylko od związków chemicznych, ale i od drugiej osoby. Nie zabrakło też kwestii regulaminów, tych potrzebnych i słusznie przestrzeganych, jak i tych pozbawionych logiki i sensu, które aż proszą się o ich łamanie. I wreszcie o tym, co jest ważniejsze w życiu - bycie użytecznym, czy szczęśliwym?

Książkę wypełniają barwne, wyraziste postacie: jak chociażby Wilbur - odbywający podróże na falach eteru, przejęty losem sierot, przeprowadzający zarówno dzieło Boże, jak i szatańskie, Homer - od dziecka cierpiący na bezsenność, zawsze spokojny, przekonany, że jedynym celem życia sieroty jest bycie przydatnym, skazany na wieczne czekanie, co czas pokaże, czy Melony - od urodzenia wściekła na cały świat, prostolinijna, cyniczna, ale i bardzo spostrzegawcza. To osoby, które nie są ani dobre, ani złe, mają zarówno wady, jak i zalety, i z pewnością nie pozwolą czytelnikowi pozostać wobec siebie obojętnym. Relacje między bohaterami powieści nie zawsze są łatwe, powiedziałabym, że bywają nawet bardzo skomplikowane, ale dzięki temu postacie te są bardziej namacalne i rzeczywiste.

Ciekawa fabuła, plastyczność, z jaką przedstawieni są bohaterowie, umiejscowienie w tym, a nie innym czasie, oddanie realiów tego okresu (w tym poziomu rozwoju medycyny), a także brak skrępowania i odwaga w poruszaniu tematów trudnych sprawiają, że z łatwością wsiąka się w historię, nawet nie zauważając, kiedy zbliża się już ku końcowi. Lektura "Regulaminu tłoczni win" pozostawiła po sobie jakiś smutek, mimo że nie brakowało w niej chwil ciepła, miłości, wrażliwości. To potwierdza tylko, że książka potrafi rozbudzić, niejednokrotnie sprzeczne, emocje, dlatego najlepiej będzie, jak sami po nią sięgniecie i przekonacie się, jak wiele życia ma ta opowieść.


Tytuł: Regulamin tłoczni win
Tytuł oryginału: The cider house rules
Autor: John Irving
Tłumaczenie: Jolanta Kozak
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data premiery: lipiec 2015
Ilość stron: 752
ISBN: 978-83-8069-040-0

Cicha sza - Lisa Scottoline

Nie tylko rodzicielstwo

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Szortal.

Wzięłam do ręki "Cicho sza". Spojrzałam na okładkę, na której widniała naklejka klubu Kobiety to czytają. Odwróciłam książkę i przeczytałam, że jest to świetna książka dla rodziców. I zaczęłam się zastanawiać, co też właściwie miałam na myśli sięgając po tę powieść. Tak, tak, zgadza się - jestem kobietą, jednak z literaturą tzw. "kobiecą", która skierowana jest do odbiorcy o określonej płci, niespecjalnie mi po drodze. Rodzicem nie jestem - czyli wygląda na to, że znowu to nie ja jestem targetem dla "Cicho sza". Czy więc ktoś taki jak ja, mógł znaleźć w tej książce coś interesującego? I czy na pewno jest to tylko książka dla rodziców i dla kobiet?

Bohaterem powieści jest Jake Buckman - planista finansowy prowadzący własną firmę. Przez lata poświęcał się pracy, przez co ucierpiała jego relacja z szesnastoletnim synem. Kiedy pojawia się okazja na jej poprawę, od razu z niej korzysta. Jake, w zastępstwie żony, podjeżdża pod kino, w którym Ryan wraz z przyjaciółmi spędził wieczór. W drodze powrotnej Ryan prosi ojca, aby pozwolił mu poprowadzić samochód na mało uczęszczanej drodze. Bohater, chcąc zyskać w oczach syna, zgadza się. Ta jedna, pozornie nieszkodliwa decyzja, zmienia wszystko. Dochodzi do tragedii, w wyniku której całe życie ojca i syna zostaje wywrócone do góry nogami.

W swojej powieści Scottoline przedstawia dwie postawy rodzicielskie. Z jednej strony jest "fajny tata/fajna mama", z drugiej zaś - "rodzic". "Fajny tata" nie potrafi stawiać granic i najczęściej ulega prośbom swojego potomka, nawet jeśli nie zawsze jest to słuszne. Uważa bowiem, że właśnie takie postępowanie, taki "luz" w zachowaniu i "odpuszczanie", zapewni mu miłość dziecka. "Rodzic" jest odpowiedzialny, twardo kreśli zasady w relacji z dzieckiem, choć często bywa nadopiekuńczy, chcąc znać każdy krok swego dziecka. Trudno mi się zgodzić z takim ograniczonym podziałem. Czy rodzic nie może być fajnym tatą czy fajną mamą? Czy zawsze ten "fajny" musi oznaczać brak odpowiedzialności i uleganie kaprysom dziecka? Rodzicielstwo jest o wiele bardziej skomplikowanym, wielopłaszczyznowym zadaniem, które nie da się tak łatwo poszufladkować. Możliwe, że dokonując takiego wyraźnego, a właściwie przerysowanego podziału, autorka chciała zwrócić uwagę na pewne zasady postępowania czy też na wagę określonych wartości. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to podział sztuczny i odbiegający od rzeczywistości.

Niektóre z przedstawionych w powieści zachowań nie są ograniczone jedynie do relacji rodzic - dziecko. Są one prawdziwe również w każdej innej relacji międzyludzkiej. Przykładem może być chociażby potrzeba akceptacji przez drugą osobę, przez jakąś grupę, czy też zauważenia przez pracodawcę. Chcąc zyskać sympatię, nawiązać jakieś bliższe relacje, być lubianym, człowiek czasem robi coś wbrew sobie. To z kolei może prowadzić do sytuacji, w której taka osoba całkiem zatraci siebie, przyjmie postawy innych jako swoje własne, co w efekcie może przynieść niezbyt przyjemne konsekwencje. A wszystko po to, aby usłyszeć, że jest się fajnym i nie mieć poczucia odizolowania od ludzi. Innym przykładem jest sposób reakcji na nagłe, trudne sytuacje. Albo będziemy potrafili zachować zimną krew i trzeźwy umysł, albo wpadniemy w panikę i jeszcze bardziej się w tym wszystkim zapętlimy. Jednak, czy wyobrażając sobie taką sytuację możemy być na sto procent pewni swojej reakcji? Może jednak zaskoczylibyśmy samych siebie i zareagowali w zupełnie odmienny sposób. Właśnie ten aspekt powieści - dotyczący różnych postaw wobec życia i ludzi, reagowania na sytuacje kryzysowe, czy walki o dobro najbliższych - jest dla mnie elementem najbardziej interesującym, który może zaciekawić również i szersze grono odbiorców.

"Cicho sza" jest powieścią momentami nadmiernie ckliwą, wyolbrzymioną, co w efekcie prowadzi do wrażenia pewnej nienaturalności i sztuczności. Trzeba jednak przyznać, że autorka doskonale poradziła sobie z oddaniem emocji swoich bohaterów. Człowiek rozumie i współodczuwa ich poczucie winy, zagubienie, strach, ból, miłość, nienawiść. Jest to też swego rodzaju pochwała dla wartości rodzinnych i samej rodziny jako jednostki społecznej, a także przykład tego, ile potrafimy dla jej przetrwania poświęcić. Ponadto, jest to nie tylko powieść psychologiczna i obyczajowa. Wraz z przewracanymi kartkami, zaczyna ona nabierać również cech powieści sensacyjnej. Akcja jest sprawnie poprowadzona, choć zakończenie nie do końca jest przekonywujące. Nie zmienia to faktu, że powieść czyta się szybko i potrafi ona czytelnika zaciekawić, czy też skłonić do dyskusji z autorką.


Tytuł: Cicho sza
Tytuł oryginału: Keep Quiet
Autor: Lisa Scottoline
Tłumaczenie: Bożena Kucharuk
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 13.01.2015
Ilość stron: 416
ISBN: 978-83-7961-129-4